Poprzedni temat «» Następny temat
Dziennik pisany na tłuszczu
Autor Wiadomość
itsjustmyshadow

Wiek: 25
Posty: 8
Podziękowania: 1/1
Wysłany: 2020-10-22, 21:18   Dziennik pisany na tłuszczu

Droga (Wschodni Trakt) z Bryn Shander do Easthaven. Zamieć śnieżna, Gretha (przewodniczka) mówi, że to tylko pierwsze sygnały nadchodzącej zimy. Jak tylko zaczęliśmy coś widzieć i otrzepaliśmy śnieg z kapturów okazało się, że wiązania na kilku moich torbach się rozluźniły i straciłam większość swoich rzeczy, w tym i dziennik, prowadzony od ponad trzech miesięcy. Zatem teraz, będąc już w Easthaven, gdzie oberżysta Quimby dał mi kilka poplamionych rybim (chyba) tłuszczem kartek, maczam pióro w atramencie i piszę znów, w nadziei, że moje wspomnienia posłużą (mi? komuś?) kiedyś za materiał do pięknej pieśni…

Do Doliny Lodowego Wichru wybrałam się z Miraval i Beraldem, z którymi razem dorastałam w Mirabarze – mieście tak wyniszczonym przez orków i wewnętrzne spiski, że mieliśmy go wszyscy dosyć. Cholernie szkoda tego mojego dziennika, w którym opisałam naszą bohaterską ucieczkę przed bandą Thargyna, na koniach, które im ukradliśmy (Miraval do tej pory ma o to do mnie pretensje!) (O kradzież, nie o ucieczkę). Żal tych skrupulatnie prowadzonych notatek z podróży, już połowa rzeczy, które się wydarzyły wypadła mi z pamięci!

Krótka przerwa na zdrapanie uporczywie trzymającej się papieru warstwy tłuszczu i wznawiam pisanie. Właściwie to nie zanotowałam póki co jaki mamy dziś dzień, zaczęłam od razu od tego okropnego śniegu… Mamy mianowicie pierwszy dzień Topnienia, a ja znajduję się wraz z moimi towarzyszami podróży w oberży „Śnieżna Zaspa”, w Easthaven, jednym z Dziesięciu Miast Doliny Lodowego Wichru. Po wyjeździe z Mirabaru to Dolina była naszym celem. Dlaczego? Tego nie wiem do teraz, ale decyzję podjął chyba ostatecznie Berald, którego zawsze ciągnęło jak najdalej od cywilizacji. W Dziesięciu Miastach miała na nas czekać fortuna i sława. Póki co mam tylko odmrożone dwa palce (dobrze, że u lewej ręki!) i śmierdzące rybami włosy.

Streszczę to, co do tej pory zrobiliśmy w Dolinie (a nie zrobiliśmy zbyt wiele…). Samo dojście do tej zapomnianej przez wszystkich krainy zajęło nam (licząc od Luskan) prawie DWA MIESIĄCE. Berald zdążył przez ten czas zgubić łuk po dziadku (od tamtej pory nie chce kupić nowego i chodzi zupełnie bez broni…) a Miraval parokrotnie dostała ataku histerii i kategorycznie domagała się, żebyśmy wrócili tam, gdzie nie jest tak dziko, pusto i zimno. Ale nawet ona (przede wszystkim!) docenia piękno podróżowania, każdy wschód słońca wita już z otwartymi oczami, siedząc i modląc się tak, jak ją uczyli – do brzasku, piękna, Lathandera… Budzi nas z uśmiechem, mówi: „jak to dobrze, że zawsze nadchodzi kolejny świt!” i na jakiś czas opuszcza ją złe samopoczucie. W ogóle wybraliśmy się w te dzikie tereny w dziwny sposób: jedyny mężczyzna bez broni, delikatna kapłanka i ja – śpiewaczka, komediantka z jednym ostrym nożem! Czyż nie tak powinny zaczynać się wszystkie historie wielkich bohaterów?

Do Dziesięciu Miast zbliżaliśmy się traktem znanym tutejszym jako Szlak Karawan. Pierwszym miastem (największym w Dolinie), które napotkaliśmy było Bryn Shander (Miraval chciała najpierw iść do Dziury Dougana (DZIURY!!!), żeby jak najszybciej zobaczyć słynne ze swego piękna jezioro Dellon-lune – cała ona, tylko piękno i śpiewające ptaszki jej w głowie). Wiarę w to, że będziemy wielkimi bohaterami straciliśmy (chyba) już dawno a dotarcie do Bryn Shander tylko nas w tym utwierdziło. Ludzie jacyś inni, dziwni, niespokojni. Najpierw nie chcieli nam otworzyć bramy, widząc, że nie jesteśmy handlarzami ani wojownikami, potem nie pozwolono nam zobaczyć się z nikim ważnym – nie wpuszczono nas do Hali Rady, Pałacu Mówcy ani nawet do Rady Miasta! Zatrzymaliśmy się w Geldenstag (strasznie obskurnie!), gdzie liczyliśmy, że przyciągniemy na siebie uwagę, że ktoś zaoferuje nam udział w przygodzie, da zlecenie, odezwie się choćby półsłówkiem! Nic! Szwendaliśmy się po mieście przez kilka dni, nic konkretnego nie robiąc, nikogo nie poznając, marnując jednym słowem czas i tracąc wszelką ochotę na podróżowanie i bohaterowanie. Miraval była najbardziej przygnębiona z naszej trójki – spędzanie dni w obskurnej karczmie, przy marnym alkoholu, w towarzystwie śmierdzących i cichych mieszkańców tego smutnego miasta ją dobijało. Berald znikał na całe dni, wychodził za miasto, czasem wracał z jakimiś nowościami na temat karawan, które rozchodziły się od Bryn Shander po reszcie Dziesięciu Miast. Pracy (PRACY!!!!) przy ich pilnowaniu nikt nam jednak nie dał, nie mogliśmy się przebić przez strażników, którzy na trasach między miastami jeździli od lat i znali każdy fragment drogi.

Pewnego dnia, kiedy już kończyły nam się pomysły na to, co ze sobą mamy zrobić, Berald wrócił w towarzystwie grubego, obleśnie wyglądającego chłopa. Jak nam prędko wytłumaczył – miał dla nas zlecenie! I, o dziwo, zawdzięczaliśmy tę pracę Miraval! Wieść o tym, że w mieście pojawiła się dawna kapłanka Lathandera (nie ukrywaliśmy przecież przed nikim kim jesteśmy, licząc na sympatię i zatrudnienie…) rozniosła się i, jak się okazało, było zapotrzebowanie na jej „usługi”. Chłop, którego Berald przyprowadził (nie pamiętam już jego imienia, tak niesmacznie się z nim obcowało) wytłumaczył, że na Wschodnim Trakcie znajduje się wycinka drewna, przy niej kilka domków, zamieszkanych przez drwali i ich rodziny. Sam w tej „osadce” mieszkał. Potrzebował Miraval, jak się okazało, dla swojej matki, dawnej wyznawczyni i kapłanki (!!) Lathandera, która kilkadziesiąt lat temu opuściła Wybrzeże Mieczy i udała się – na wygnanie (czemu niby na wygnanie?) na mroźną północ, podążając za swym mężem (czy jakoś tak, dosyć słabo go słuchałam). Kobieta miała już niemal setkę na karku, była potwornie schorowana, nie wstawała z łóżka i już już żegnała się ze światem. Przez tyle lat mieszkania w Dolinie nie miała okazji spotkać żadnego ze współwyznawców – chłop zaoferował nam małą sumkę za to, żebyśmy po prostu ją odwiedzili. Chciał nawet zapłacić nam z góry (sam nie mógł jechać jeszcze do matki, coś tam go trzymało w mieście), więc postanowiliśmy zgodzić się na jego propozycję i zmienić tymczasowe lokum (w sensie – miasto). Chyba wszystkich nas ciągnęło do zobaczenia słynnych jezior Doliny, a tak się składało, że Wschodni Trakt prowadził do Easthaven, nad Lac Dinneshere, gdzie – jak podają pieśni i legendy – mieszkał dawno groźny smok, zgładzony przez jakiegoś wielkiego woja przed stuleciami (bardzo wierzę, że uda się nam zobaczyć chociaż jedną kość tego potwora! Pewnie trzymają je w mieście jako relikwie albo coś takiego… Może sprzedają, może dałoby się takiego smoka kupić? Ha!). Zbierałam po drodze z Mirabaru wszystkie podania na temat Doliny i znam już chyba parę historyjek o każdej osadzie! O ile mnie interesuje smok, to taką Miraval pociąga zamieniony w kamień szaman, który ocalił Dolinę przed jakimś złem (chyba chodzi o wyznawcę Tempusa, nie wiem – muszę dowiedzieć się na miejscu co dokładnie wiedzą na ten temat mieszkańcy).
Chłop rzucił nam sakiewkę (wcale nie tak strasznie wypchaną wcale nie tak czystymi i błyszczącymi monetami) i dał namiar na przewodniczkę Grethę, która następnego dnia miała iść do Easthaven i wiedziała, jak dojść do osady drwali. Mieliśmy wyruszyć nazajutrz, tuż po obiedzie.

Właściwie zorientowałam się właśnie (zrobiłam przerwę, bo Berald wyciągnął mnie do „Zimowej Kołyski” na jeszcze jeden kufel piwa i ponarzekał na Miraval, która była strasznie dla niego oschła – a on przecież od dawna miał do niej słabość!), że z mojego „streszczania” wychodzi bardzo długa opowieść. A przecież regularnie opisywałam już te wydarzenia w poprzednim dzienniku i to o wiele barwniej, dłużej i ciekawiej! Ograniczę się teraz zatem do powiedzenia, że owszem udaliśmy się z Grethą do tej starowinki, ale okazało się, że biedaczka tydzień wcześniej zmarła i nikt nie pofatygował się powiadomić jej syna w mieście. Miraval pomodliła się nad jej grobem i zebraliśmy się do Easthaven. Po drodze Gretha opowiedziała nam, że idzie do Easthaven, żeby spotkać się z dwoma „rozbójnikami” (powiedziała to z uśmiechem i zgrzytem zębów jednocześnie), z którymi miała zamiar udać się w podróż po Dolinie w poszukiwaniu zarobku (dodała też, że MUSI opuścić Bryn Shandar i nie będzie mogła nigdy wrócić do miasta, zatem podejrzewam, że ma coś na sumieniu, pewnie ci jej kompani też…). Zaproponowała całej naszej trójce, żebyśmy się do nich przyłączyli (nieco gburowato rzuciła, że na pewno przyda im się dobry strzelec (tylko trzeba Beraldowi kupić łuk!), kapłanka i ktoś kto umie pozostać niezauważonym (to ja, ja!), bo cała ich trójka to „zabijaki” i ktoś ich musi ubezpieczać. Cóż, póki co nic nie odpowiedzieliśmy, chociaż Berald bardzo zapalił się do tego pomysłu i już już gotów był się zgodzić, ale jedno spojrzenie Miraval wystarczyło, żeby zrezygnował z tego pomysłu.
W KAŻDYM RAZIE, ZMIERZAM JUŻ DO KOŃCA TEGO WSPOMNIENIA I CAŁY CZAS KLNĘ SIĘ, ŻE ZGUBIŁAM DZIENNIK, teraz drugą noc spędzamy w oberży Quimbiego (który chyba w ogóle nie przyzwyczaił się do naszej obecności i cały czas wita nas, jakbyśmy przyszli do niego po raz pierwszy!), rano mają zjawić się towarzysze Grethy i wtedy zadecydujemy, czy ruszamy z nimi, czy też nie…

Kończę na dziś (do zobaczenia, dzienniku, do jutra! dam ci o wszystkim, co się jutro wydarzy, znać!), akurat na siódmej stronie, przedostatniej, którą dostałam od Quimbiego. Ostatnie słowa okrążają plamę tłuszczu, zatem mam idealny tytuł dla swych notatek:

DZIENNIK PISANY NA TŁUSZCZU.
Ostatnio zmieniony przez itsjustmyshadow 2020-10-24, 14:04, w całości zmieniany 1 raz  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
Więcej szczegółów
Za tę wypowiedź podziękowali:
Neysa
itsjustmyshadow

Wiek: 25
Posty: 8
Podziękowania: 1/1
Wysłany: 2020-10-24, 09:02   

Drugi Dzień Topnienia, Easthaven
No tak. Zebraliśmy drużynę! Ale… Po kolei…

Nocujemy znów u Quimbiego: ja, Miraval, Berald, Gretha i jej dwóch znajomych, których wreszcie poznaliśmy: krasnolud Kohald i półork Vir. Nie wiem od czego zacząć…

Może od tego, że spotkaliśmy się dziś rano (słońce ledwie wstało) u Griselli (to właścicielka „Zimowej Kołyski”). Od razu problem – piwa nie ma i nie będzie, bo nocą w piwnicy pojawiły się jakieś szczury, robaki i inne parszywce. W imię obrony przybytku i honoru grubej damy Griselli Berald, Gretha oraz dwójka jej znajomych udali się do piwnic z zamiarem wytępienia plagi, jaka spadła na tę urokliwą mieścinę… Ja i Miraval nie miałyśmy zamiaru w ogóle patrzyć na jakieś robactwo, które wypełzło nie wiadomo skąd i może nie wiadomo czym, nie wiadomo gdzie ugryźć, więc zostałyśmy na górze. Reszta kompanii po chwili wróciła i, odbierając od Griselli najmniej chyba szczery uśmiech, jaki ostatnio widziałam i darmową kolejkę piwa, zapewniła, że żaden parszywiec nie wylizie z dziury pod nami. Przynajmniej tyle…

No tak, więc siedliśmy przy stole, wreszcie. Kohald i Vir patrzyli na naszą trójkę podejrzliwie i widocznie chcieli rozmówić się z Grethą na osobności. Mieli najwyraźniej wspólną historię – ale jaką, tego jeszcze nie wiem. Patrząc na ich twarze, zbroje i oręż – sądzę, że byli (albo wciąż są?) najemnikami. Gretha przedstawiła nas (poznaliśmy już ją na tyle, że nie spodziewaliśmy się niczego innego oprócz opryskliwego, miejscami złośliwego przedstawienia, ale cóż) swoim towarzyszom i wyłożyła ponownie ofertę, abyśmy połączyli siły i wspólnie szukali sławy i bogactwa w Dolinie. Twarze Kohalda i Vira pozostawały bez wyrazu, zatem Berald zabrał głos i oznajmił, że i owszem, MOŻEMY połączyć siły na jakiś czas, na próbę, ale zanim wyruszymy na pierwszą przygodę (brzmi to bardzo dziecinnie, prawda? Nie dziwię się w sumie, że zabijacy w rodzaju Kohalda i Vira patrzyli na nas jak na gówniarzy) muszą nas zapewnić, że nikt nie będzie naszej trójki zmuszał do robienia czegoś niezgodnego z prawem. Kohald uśmiechnął się drwiąco, a Vir nawet nie spojrzał na nas tylko oparł głowę o krzesło i patrzył gdzieś wysoko na ścianę. Gretha rozładowała sytuację przynosząc więcej piwa i po chwili zgodziliśmy się wybrać na JEDNĄ, PRÓBNĄ przygodę gdzieś daleko od miasta, żeby co najwyżej szukać skarbów (SKARBÓW!!!!) albo tajemnic. Przypieczętowaliśmy porozumienie potężnym łykiem piwa (nie napisałam nic do tej pory o lokalnym piwie, które również, oczywiście, śmierdziało rybami).

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, trochę staraliśmy się wzajemnie poznać (to znaczy, przede wszystkim poznali nas nasi nowi towarzysze, bo mówił cały czas Berald, który streścił szczegółowo nasze dotychczasowe losy, pomijając parę niewygodnych fragmentów i dodając SPORO rzeczy wymyślonych). W pewnym momencie do stolika podszedł nieznany nam mężczyzna, barczysty, o twardych rysach twarzy, który przedstawił się jako Hrothgar (później dowiedziałam się, że to taki nieoficjalny przywódca i obrońca tej mieściny). Wytłumaczył, że ma w zwyczaju witać wszystkich nowoprzybyłych do miasta (nami z Miraval i Beraldem wcześniej się nie interesował, ale jak tylko przybył Kohald i Vir to od razu ich wyniuchał i odwiedził!). Jego wizytę można streścić w zdaniu: tylko bądźcie mi tu grzeczni! Cóż, rzeczywiście – ani Vir, ani Kohald nie wyglądali na osobników szczególnie przejmujących się prawem, więc (mam nadzieję!) słowa Hrothgara będą miały dla nich jakieś znaczenie.

Daliśmy sobie dzień albo dwa na ogarnięcie się i odpoczynek w Easthaven. Poza tym nie mieliśmy jeszcze żadnego pomysłu na wspólną przygodę i chyba czuliśmy, że trzeba trochę poczekać a może jakaś okazja się pojawi (do nas pewnie nikt by się nie zwrócił z prośbą o pomoc, ale do uzbrojonego po zęby krasnoluda i półorka?). Póki co, każdy miał wolną rękę. Gretha porzuciła nas i usiadła w kącie ze swymi towarzyszami, a my we trójkę postanowiliśmy zrobić małą rundkę po mieście. Planowaliśmy przede wszystkim zakupy – Miraval udało się przekonać Beralda, że WARTO przed wyprawą w nieznane zaopatrzyć się w porządny łuk, a i mi przydałby mi się jakiś nie za długi miecz… Wypytaliśmy o miasto Grisellę, która odburknęła nam, że nie ma czasu na robienie za przewodnika, więc ruszyliśmy w ciemno. Był dosyć ciepły, jak na tutejsze standardy, ranek. Dzieciaki od samego rana jazgotały gdzieś niedaleko, później zobaczyliśmy, że znęcają się nad małą wiewiórką. Berald próbował je odpędzić, ale gdzie tam, wyszczekana ta dzieciarnia, nic ich nie ruszyło a mała wiewiórka stała jak kamień i nie zamierzała ani pozwolić nikomu do siebie podejść, ani się ruszyć o centymetr. Mniejsza z tym, poszliśmy we trójkę do sklepu Pomaba (strasznie niemiły i chyba rozgoryczony życiem nieudacznik!), gdzie kupiliśmy za ostatnie pieniądze łuk dla Beralda, krótkie ostrze dla mnie i procę dla Miraval. Do Pomaba raczej nie będziemy chcieli wracać, może znajdzie się jakiś inny, MILSZY sprzedawca…

W ogóle ludzie w Easthaven (a może po prostu w całej Dolinie?) nie należą do tych najmilszych. Nie żebyśmy w ostatnich latach obcowali z samymi przyjaznymi osobami, ale nikt nie odnosił się do nas, jakbyśmy zrobili mu autentyczną krzywdę samą swoją obecnością. Podobnie było w świątyni Tempusa, do której zaciągnęła nas Miraval. Kapłan Tempusa, Everard, był opryskliwy, a grzeczna z pozoru dziewczyna imieniem Accalia po chwili obraziła się na mnie, gdy zasugerowałam, że barbarzyńców należałoby ucywilizować (dobrze w sumie, że Gretha tego nie słyszała!).
Okazuje się, że do Everarda parę dni temu przybył posłaniec z miejsca zwanego Kuldahar i zmarł niemal na samym progu świątyni. Kapłan nie był zbyt rozmowny, odsyłał nas do Hrothgara. Poza uraczeniem nas historią Jerroda, który zginął ratując Dolinę przed demonami (opowiem tę historię kiedy indziej, teraz nie mam miejsca – kartki, które dał mi Quimbi już wykończyłam a u Pomaba dostałam tylko kilka nowych, więc wstrzymuję się ze snuciem długich opowieści) nic ciekawego od niego nie usłyszeliśmy.

Ostatnie miejsce na nowych kartach zarezerwowałam w myślach na historię tak PIĘKNĄ i ROMANTYCZNĄ, że Miraval autentycznie do tej pory siedzi w swoim pokoju i popłakuje nad butelką wina (wino, jedyny chyba trunek w Easthaven, nie zalatuje rybą i tylko to zgadza się pić Miraval). Nad brzegiem jeziora, nad którym usiedliśmy na prośbę Miraval (koniecznie chciała patrzeć na fale), błąkał się młody chłopak. Wyglądał co najmniej na pijanego albo niespełna rozumu, bo cały czas nucił coś pod nosem i klął się, że nie może sobie przypomnieć. Mieliśmy nadzieję, że minie nas i zostawi w spokoju, ale ten wziął się i zemdlał kilka metrów od nas. Berald westchnął i podbiegł do, jak podejrzewaliśmy, szaleńca i zaczął go cucić. Rozmawiali przez chwilę cicho, potem podeszli do nas.

Chłopak nazywał się Jhonen i, jak słusznie podejrzewałam, był obłąkany. Miał zwidy. Senne. Śniła mu się kolorowa kobieta, wychodząca z morza, śpiewająca w nieznanym języku i przywołująca go do siebie. W tym momencie pewnie wszyscy wybuchnęlibyśmy śmiechem, gdyby nie fakt, że jeden z mieszkańców opowiadał nam pierwszego dnia naszego pobytu w Easthaven o dziwnej istocie przemierzającej brzeg jeziora za granicą miasta, na południu. Miraval wpatrywała się w Jhonena ze współczuciem, mnie odebrało mowę, a Berald obiecał, że postaramy się jakoś mu pomóc z tymi snami. Przez chwilę myślałam, że może Miraval zna jakieś kapłańskie czary-mary, które by uspokoiły strudzoną duszę, ale ta nie odezwała się ani słowem i tylko łza zakręciła się jej w oku.

Nie mając i tak niczego lepszego do roboty ruszyliśmy za granicę miasta, gdzie – jak słyszeliśmy – pojawiała się obca istota. Nie żebym się wówczas bała, o nie, ale cieszyłam się, że odwiedziliśmy już sklep Pomaba i zaopatrzyliśmy się w coś ostrego. Nie muszę dodać, drogi dzienniku, droga ostatnia kartko mojego dziennika, że rzeczywiście spotkaliśmy kolorową kobietę na brzegu jeziora. Serca nam stanęły, kobieta w ogóle nie zwracała na nas uwagi (nie dość, że była kolorowa to jeszcze NAGA. W TAKI ZIĄB!). Śpiewała raz cicho, raz głośno, ale żadne z nas niczego nie rozumiało. To znaczy, JA zaczęłam coś rozumieć, lata spędzone w akademii dla bardów sprawiły, że pieśni były moim całym życiem, pasją. Poprosiłam Beralda i Miraval o ciszę i zbliżyłam się do kobiety. Zamknęłam oczy, wsłuchałam w to, co śpiewa. Najpierw wyczułam rytm. Powtarzającą się melodyczność, potem sylabiczność. Z pieśni bez słów zaczęły wyłaniać się (jak z morza!) słowa, które brzmiały bardzo obco, ale jakoś zakotwiczały się w moim umyśle. Kręciło mi się w głowie od tego wszystkiego, wciąż nie rozumiałam pieśni kobiety. Otworzyłam oczy. Kobieta zaczęła wreszcie na mnie patrzeć, prosto w moje oczy. Instynktownie otworzyłam usta i (ze zdumieniem!) zorientowałam się, że wychodzi z nich dźwięk podobny do śpiewu kobiety. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Nasze głosy zlały się w jeden i po chwili zobaczyłam przed oczami SŁOWA. Cały czas nic nie rozumiałam z jej (naszego!) śpiewu, ale wiedziałam, co chce mi powiedzieć. Każde słowo materializowało się przede mną i czułam się, jakbym czytała otwartą książkę. Dowiedziałam się, o co chodziło kobiecie…

Zostały mi niecałe dwie linijki ostatniej strony dziennika. Historię o Elisii (bo tak, jak się dowiedziałam, nazywała się kobieta) dokończę jutro. Jutro też zapowiada się intensywny dzień (zamierzamy odwiedzić Hrothgara!), więc muszę dokupić gdzieś kartek, jak najwięcej. Do zobaczenia.
  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
itsjustmyshadow

Wiek: 25
Posty: 8
Podziękowania: 1/1
Wysłany: 2020-10-24, 18:56   

Trzeci Dzień Topnienia, Easthaven POŁUDNIE

Właśnie dorwałam garść kartek od jednego z lokalnych handlarzy ryb (nie pamiętam imienia) i od razu siadam i piszę, bo w nocy prawie nie zmrużyłam oczu – tak mnie nosiło z różnych przyczyn, przede wszystkim z powodu historii Jhonena. Zanim jednak o Jhonenie, to postanowiłam zacząć „cykl” w swoich dziennikach (ha, tak jakbym pisała do KOGOŚ a nie do SIEBIE), pod tytułem GARŚĆ CIEKAWOSTEK O REGIONIE. Ciekawostka numer 1: Dziesięć Miast powstało tak naprawdę tylko po to, aby łowić pstrągi. Tylko w tutejszych jeziorach znajdziemy pstrągi, których kości (głowy) można urobić tak, jak kość słoniową, co czyni je BARDZO luksusowym dobrem. Opowiedział mi o tym Churin, jeden z tutejszych, który zarządza magazynem. Ciekawostka numer 2: miasto Bryn Shander, przez które mieliśmy „przyjemność” przejeżdżać powstało jako ostatnie ze wszystkich Dziesięciu Miast i miało pierwotnie za cel być czymś w rodzaju ośrodka spotkań mieszkańców z pozostałych dziewięciu miejscowości. Teraz jest pierwszym punktem handlu z południem i największą miejscowością w Dolinie, mimo że nie ma dostępu do połowu pstrąga! Opowiedział mi o tym pewien elf z zacięciem do historii i geografii, który podobnie jak my wynajmuje pokój w „Śnieżnej Zaspie”. Koniec ciekawostek (jutro dowiem się więcej! Żałuję, że tak mało rozmawiałam z mieszkańcami Bryn Shander…), wracam do opowieści o Elisii…

Dlaczego nie mogłam spać w nocy? Układałam pieśń. Zdałam sobie wczoraj sprawę, że chciałabym pisać wiele i wiele na temat tej pięknej historii, ale słowa jakoś nie chcą lać się na papier (może to i dlatego wczoraj nie dokończyłam pisać?), tak jakby można było o tym tylko śpiewać… A więc opowiem ci, dzienniczku, tę historię w ten sposób:

Zimne serce zimy,
Opętało nas,
Widzę dłoń dziewczyny,
Wolno płynie czas.

Stoję przy jeziorze,
Gdzie spędzam swe dni,
Widzę mroźne zorze,
A w nich głos się tli.

Głos do mnie dochodzi,
Budzi mnie od lat,
Pamięć już zawodzi,
O czym śpiewał kwiat?

Przeszłość - śnieg i woda,
Czuję już jej dźwięk,
To kobieta młoda,
Jej słabiutki jęk.

Płynie z ust jej powieść,
O magicznych dniach,
O tym, co miał dowieść
Męstwa w mrocznych mgłach.

Ostrze z morza wstaje,
Płonie zimnem las,
Potwór ogniem ziaje,
Prędko biegnie czas.

Chłopiec smoka zabił,
Smok martwy już padł,
Chłopca serce skrwawił,
Życie chłopcu skradł.

Długie lata miną,
Śmierć odnajdzie was,
Nowe dni przypłyną,
Znajdzie ostrze was.


Śpiewałam już tę pieśń Miraval i Beraldowi Miraval znów się popłakała i powiedziała, że to najpiękniejsze i najmroźniejsze, co zaśpiewałam do tej pory w Dolinie, a Berald westchnął tylko i powiedział, żebym popracowała nad rymem powieść-dowieść, bo jest naciągany! Eh!
Zaraz zbieramy się całą szóstką odwiedzić Hrothgara, który – jak przekazał wczoraj naszym wojowniczym towarzyszom – chciałby nas prosić o pomoc. Szkoda, że nie mam czasu napisać więcej, ale Berald już mnie woła na dół.
  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
itsjustmyshadow

Wiek: 25
Posty: 8
Podziękowania: 1/1
Wysłany: 2020-10-25, 08:50   

WIECZÓR

Dopisuję prędko to, co dziś się wydarzyło. Nie mam siły dużo pisać, nic, absolutnie nic nie mam ochoty napisać! Zagryzam zęby (zezłościłam się i rozdarłam piórem w tym miejscu papier), uciszam zmęczenie i piszę, bo wiem, że jak jednego dnia odpuszczę pisanie, to już w następne dni też może mi się nie chcieć. (Beznadziejnie napisałam te dwa poprzednie zdania, naprawdę, NAPRAWDĘ jestem zmęczona!).

Już opowiadam dlaczego. To znaczy: biorę łyk piwa i opowiadam dlaczego.

Skończyłam na tym, że Berald wyciągnął mnie z pokoju. On i Miraval czekali na mnie, spoglądając groźnie. Miraval warknęła (zupełnie jak nie ona! Coś w nią wstąpiło!), że się spóźniłam i, że Gertha, Vir i Kohald już chwilę temu poszli do Hrothgara. Przeprosiłam, podziękowałam, że na mnie poczekali i razem wybiegliśmy na ulicę szukać jego domu, który – jak nam opowiadano – miał dziurawy dach. Nietrudno było go znaleźć, znajdował się zaledwie kilka chwil drogi od „Zimowej Kołyski”. Weszliśmy (bez pukania) do środka – tam już siedzieli przy stole Hrothgar z naszymi nowymi kompanami. Mężczyzna wstał (nasi kompani nawet na nas nie spojrzeli), podszedł do nas i uprzejmie się przywitał. Zaproponował coś do jedzenia i picia, poprosiliśmy tylko o coś ciepłego do wypicia (po chwili dostaliśmy przepyszne grzane wino). Przy stole brakowało jednego miejsca (krzesła), więc ja (oczywiście, że ja, bo któżby inny!) musiałam siąść bokiem do wszystkich na stole, odsłaniając przy okazji dziurę w spodniach na wysokości uda, którą zrobiłam sobie schodząc po schodach w oberży Quimbiego (cholerne druty mocujące belki!). Świecąc zatem Virowi prosto w oczy moim kawałkiem uda, słuchałam Hrothgara.

A miał co opowiadać! Organizował wyprawę (jej!), na którą chciał nas zaprosić (jej jej!). Wybierali się przez góry (nie jej) i musieli wyruszyć szybko, zanim śniegi spadną i zasypią przełęcz (zdecydowanie nie jej). Okazuje się, że posłaniec, o którym słyszeliśmy od tego gburowatego kapłana Temposa, rozmawiał z Hrothgarem o jakimś niebezpieczeństwie, które budzi się w okolicy miasta Kuldahar, położonego daleko w górach. Posłaniec błagał ludzi z Easthaven o pomoc. Wyprawa w góry brzmi interesująco i na pewno mogłaby to być wspaniała przygoda, ale RYZYKO, że przełęcz zostanie ZASYPANA i odetnie nam drogę powrotną (albo gorzej – MY zostaniemy zasypani) było dla mnie (i na pewno dla Miraval) wystarczające, żeby podziękować Hrothgarowi i życzyć mu powodzenia. Ale na pewno nie zniechęciło to Beralda, który – wyrwał się! – zadeklarował NASZĄ pomoc w tej wyprawie! Widziałam, że Miraval kopie go pod stołem (nie wiem, czy przypadkiem nie trafiła w nogę Kohalda, który siedział obok, bo Berald ani drgnął, a krasnolud spojrzał na nią jakoś pytająco), a ja sama, gdybym mogła, pociągnęłabym go co najmniej za rękaw. Powiedzieć głośno, że sobie nie życzę takiej wyprawy nie mogłam, bo natychmiast rozległy się zadowolone okrzyki Gerthy i jej kompanów – z czego byli zadowoleni? Z ryzykowania życiem z perspektywą marnej zapłaty od mieszkańców marnego, zapomnianego przez wszystkich miasta?

Kiedy wracaliśmy od Hrothgara (Berald upił się bardziej niż powinien, Gertha i Kohald zostali dłużej, a Vir nam towarzyszył do oberży) Miraval próbowała mnie pocieszać, że będę miała w trakcie tej wyprawy okazję do napisania paru pieśni. Vir próbował się do nas odzywać (po raz pierwszy sprawił wrażenie miłego), ale chyba zgubił język w gębie i prędko się pożegnał. Poszłyśmy z Miraval do jej pokoju, usiadłyśmy na skrzypiącym łóżku i patrzyłyśmy na siebie długo w milczeniu. Znałyśmy się już tyle lat, tyle razem przeszłyśmy, a mimo to – cały czas żyłyśmy jakby obok siebie, nigdy nie rozmawiając na tematy najbardziej osobiste, bolesne… Miraval ma piękne jasnofioletowe oczy, czarne kosmyki włosów, które lekko opadają na jej brwi doskonale się z nimi komponują. Miraval położyła mi rękę na dłoni, uniosła ją do swego policzka i mruknęła, że chyba zbyt dużo wypiła. Zamknęłam jej powieki drugą ręką, delikatnie położyłam jej głowę na poduszce, wciągnęłam nogi na łóżko i przykryłam ją futrem.

Zgasiłam świece i wróciłam do swojego pokoju. Teraz kończę, sama muszę odpocząć…
  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
itsjustmyshadow

Wiek: 25
Posty: 8
Podziękowania: 1/1
Wysłany: 2020-10-26, 13:07   

Czwarty Dzień Topnienia, Easthaven

Najpierw, podobnie jak wczoraj, ciekawostka! W Dolinie Lodowego Wichru mieszkają mianowicie KRASNOLUDY (ciekawe, czy Kohald stąd pochodzi? Muszę go zapytać!). Zamieszkują tereny na północ od Bryn Shander, są w stanie wystawić kilkuset wojowników do walk z barbarzyńcami z dalekiej północy, a trudnią się przede wszystkim płatnerstwem. Korzystają na obecności rybaków, z którymi handlują – sprzedają im porządne zbroje i broń, a sami skupują najlepsze dobra, przywożone z południa. W ogóle nie zajmują się pstrągową kością, nie mają nic wspólnego z tym najbardziej znanym rzemiosłem w Dolinie. O co muszę zapytać kiedyś Kohalda (kiedy jakoś się z nim „zaprzyjaźnię”, o ile będzie to w ogóle możliwe z takim ponurym mrukiem) – czy to prawda, że te dolinowe krasnoludy przybyły tu uciekając z Mithrillowych Hal. O tych krasnoludach rozmawiałam wczoraj z kapłanem Everardem. W ogóle, byłam wczoraj także w świątyni, gdzie znalazłam tarczę Aihonena – to ten legendarny przodek Jhonena, który pokonał smoka, a którego miecz oddała Jhonenowi dziwna kobieta znad jeziora. Okazuje się, że Aihonen walczył również z barbarzyńskimi hordami i wcale NIE BYŁ chłopcem, jak opisałam go w pieśni… Cóż, pomyłki się zdarzają…

Dzisiejszy dzień – ile trzeba o nim napisać! Nasza pierwsza wyprawa, nasze pierwsze starcie z niebezpieczeństwem! Zaczęło się z samego ranka, łomotaniem do naszych drzwi. Kohald i Vir zbudzili nas, kazali prędko gotować się do wymarszu, ponieważ Hrothgar otrzymał wiadomość o zagrożeniu dla nadchodzącej karawany, która szła południowym szlakiem (swoją drogą dlaczego karawana miałaby iść południem, skoro wszystkie karawany podróżują z Bryn Shander? Na pewno nie była to karawana spoza Doliny Lodowego Wichru, może właśnie jechała z tego tajemniczego Kuldahar?). Hrothgar wściekał się podobno, bo bez zapasów z tej karawany nie będzie można wyruszyć, a jeśli zostaną utracone – z całej wyprawy nici. Hrothgar poprosił nas o pomoc – pewnie dlatego, że byliśmy na tyle liczną grupą, by podołać wyzwaniu oraz mogliśmy zebrać się w krótkim czasie. Nie wiem jednak czemu sam nie zdecydował się wyruszyć…

W każdym razie, prędko się ubrałam i wzięłam do ręki coś do jedzenia (jak Kohald zobaczył jedzenie w mojej ręce prychnął ze złością, wytrącił mi je z dłoni i kazał biec za sobą!). Wtedy może byłam zbyt zaspana i nie rozumiałam, że od losu zaginionej karawany zależy los naszej wyprawy i całego Easthaven… Całkiem rozeźlona dołączyłam do reszty kompanii, która czekała przed wejściem do oberży. Vir ukłonił mi się nisko, Miraval była zajęta rozmową z Beraldem, a Kohald dołączył do Gerthy i Hrothgara, którzy o czymś cicho rozmawiali. Hrothgar pokazywał im coś na brązowej kartce papieru (pewnie na mapie). Stanęłam sama, patrząc na rozjaśniającą się listę horyzontu. Zimne powietrze, tak normalne w Dolinie, nagle ustąpiło cieplejszemu powiewowi, który nadszedł gdzieś z północy. Zamknęłam oczy, wsłuchałam się w szum, pluskanie wody, dobiegające z niedalekiej tafli jeziora. Miałam nadzieję usłyszeć śpiew tej magicznej, morskiej istoty, jeszcze raz spróbować zrozumieć jej słowa. I już, już wydawało mi się, że coś słyszę, kiedy Berald potrząsnął moim ramieniem i rzucił krótko (nie patrząc na mnie!): hej, ruszamy.

Ruszyliśmy. Opuściliśmy Easthaven południowym mostem. Za mostem kończyło się miasto, zaczynały się kręte dróżki i wąwozy, prowadzące w kierunku górskiej przełęczy. Szybko usłyszeliśmy dziecięcy płacz, wkrótce potem zobaczyliśmy biegnącego w naszą stronę młodego chłopca. Damien, jak nam się po chwili przedstawił, uciekał przed grupką orków, którzy naszli go, gdy próbował łowić pstrągi. Dlaczego wybrał się sam, daleko od osiedli? Chciał pomóc ojcu, który ledwo ledwo daje radę utrzymać rodzinę z własnego połowu. Udało mu się coś nawet złowić, miał wracać do miasta, kiedy usłyszał nadchodzące potwory. Puścił się biegiem, ledwo uchodząc z życiem. Miraval podbiegła do chłopca, przytuliła go i zaproponowała, że odprowadzi go do domu, ale wtrącił się Kohald. Krasnolud odtrącił ją, wziął chłopca za koszulę i rzucił w kierunku mostu, warcząc, żeby wracał do domu i więcej nie pokazywał się sam po tej stronie wody. Wyjął topór zza pasa i raźnym krokiem, chyba podśpiewując coś pod nosem, ruszył w kierunku wskazanym przez Damiena. Ruszyliśmy za nim, tylko Miraval się odłączyła i uklęknęła przy chłopcu, który płacząc próbował podnieść się i iść do miasta. W kierunku orków poszliśmy zatem w piątkę.

To była nasza pierwsza walka! Pierwsze prawdziwe starcie! Bardzo chciałam jakoś zabłysnąć, ale Gertha, Vir i Kohald wpadli w taki szał, wrzeszcząc, rąbiąc, bijąc (chyba nawet gryząc…) wrogów, że stałam nieco z ubocza ze swoim obnażonym mieczem i zagrzewałam ich do boju (okazuje się, że śpiewanie podczas walki jest bardzo efektywne, zwłaszcza gdy w śpiew wplecie się takie słowa jak: „uważaj, za tobą!” albo „jeden idzie z prawej!”). Udało mi się ubić tylko jednego orka (a może to był goblin, sama już nie wiem), który próbował puścić się biegiem jak najdalej od nas. Nie zauważył mnie i nadział się na moje wystawione ostrze. Umorusał mi całą kurtkę krwią…

Bitwa była zatem skończona! Nieopodal znaleźliśmy koszyk z rybami, które złowił Damien. Chłopiec był już szczęśliwie odprowadzony do domu, o czym dowiedzieliśmy się od Miraval. Kohald burknął pod nosem, że żadnego pożytku z niej nie ma i powinna zostać w mieście a nie ruszać na wyprawę. Spodziewałam się, że Miraval spuści załzawione oczy, ale ona podeszła tylko do krasnoluda i wymierzyła mu cios zaciśniętą pięścią prosto w nos! Kohald lekko się cofnął, stał zdumiony i prawie niewzruszony delikatnym bądź co bądź uderzeniem. Chwilę później jednak roześmiał się i klepnął (trochę ZA mocno) Miraval po pośladku, mówiąc, że może jednak coś z niej będzie, jeśli tylko będzie się tak odważnie zachowywać. Miraval sama była w szoku tego, co zrobiła, więc nie skomentowała tego nijak – podeszła tylko do Beralda, który właśnie wyjmował z orków swoje strzały, i przytuliła się do niego. Kohald roześmiał się ponownie i razem z – również uśmiechniętymi – Virem i Gerthą ruszył dalej.

Podążyliśmy za nimi. W końcu mieliśmy uratować karawanę! Nie zajęło nam wiele czasu (ledwo parę godzin) odnalezienie jej śladów, których na szczęście nie zasypał jeszcze śnieg (od wczoraj nie pada!). Dzięki nosowi Beralda udało nam się znaleźć kilka pustych, rozbitych wozów, a nieopodal nich wejście do jaskini. Miraval, zanim weszliśmy do środka, odmówiła krótką modlitwę, błagając Lathandera, aby dane nam było zobaczyć jeszcze piękno świtu, a Berald z Gerthą sporządzili pochodnie. Podszedł do mnie Vir, powiedział cicho, żebym trzymała się blisko niego – będzie starał się mnie ochraniać, ale mam również pracować na zysk drużyny swoim ostrzem. Dodał, że oczekuje ode mnie większego zaangażowania, niż w poprzednim starciu, a ja… Cóż, przestraszyłam się okropnie. Ale zagryzłam wargi, kiwnęłam głową i weszłam ze wszystkimi do jaskini.

Następnym co pamiętam jest to, jak cuciła mnie Miraval. Twarz miała całą zabryzganą krwią, a z daleka dochodziły jeszcze jakieś wrzaski, piski i przekleństwa (krasnoluda, bez wątpienia). Mimo to – Miraval się uśmiechała. Okazało się, że nie pamiętam całkiem sporej części eksploracji jaskini – Miraval opowiedziała mi, że zeszliśmy kilkaset metrów w dół, spotykając parokrotnie orków i dając sobie z nimi radę. Według niej – walczyłam całkiem dzielnie, z mojej ręki padło kilku wrogów. W jednej z większych komnat mieszkał jednak ogr, który od razu obrał sobie mnie za cel (Miraval sądzi, że to przez jaskrawe kolory mojego ubrania, bo ogry słabo widzą w ciemnościach). Ani moje ostrze, ani miecz Vira, nie były w stanie sparować uderzenia i dostałam potężną maczugą w bok a siła uderzenia odrzuciła mnie na ścianę. Życie ocalił mi Berald, którego strzała poszybowała w kierunku głowy ogra, oraz Kohald, który poszatkował toporem oszołomionego potwora. Miraval zajęłą się mną, opatrzyła, uleczyła. Po chwili wróciła reszta drużyny – zapasy były niemal nietknięte na samym dole jaskini. Wystarczyło jedynie wrócić do miasta i powiedzieć Hrothgarowi, żeby wysłał kilkudziesięciu tragarzy wozami.

Wyszliśmy, ja z pomocą Kohalda, który kategorycznie zażądał abym oparła się na nim, z jaskini i powolnym krokiem zmierzaliśmy w kierunku Easthaven. Dotarliśmy do miasta bez przeszkód. Dużo pomagał mi w drodze Berald i Kohald, Vir trzymał się nieco z tyłu – utykał na jedną nogę i chyba sączyła mu się z przedramienia krew. Miraval próbowała mu pomóc, ale przepędził ją i szedł cały czas sam. Wróciliśmy do oberży, Gertha i Kohald poszli do Hrothgara a pozostała czwórka – napić się i wyspać. Ja wypiłam tylko kilka łyków i natychmiast poszłam do pokoju, aby zapisać wszystkie te wydarzenia, reszta jeszcze tam chyba siedzi. Jestem zbyt padnięta, aby do nich znów dołączyć, zatem żegnam się już, dzienniku. Nasza pierwsza bitwa była zwycięska! Uważam, że dopiero dziś miał początek naszej przygody…
  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group