Poprzedni temat «» Następny temat
Baldurkowe wypociny porfiriona
Autor Wiadomość
porfirion 
Czciciel Azutha
osiełek


Posty: 703
Podziękowania: 127/87
Skąd: Zielona Gęś
Wysłany: 2015-02-12, 15:36   Baldurkowe wypociny porfiriona

Jakoś ze 2-3 lata temu na forum Insimilion była moda na granie w Baldura na wyzwaniu (taki Ironman Challenge). Grając wtedy - w niezmodowane BG1 - miałem troszkę weny, by tak to opisać w formie opowiadanka (plus screeny i czasem jakieś dodatkowe małe komentarze odnośnie kwestii technicznych). Niestety wena po paru odcinkach się skończyła, ale pomyślałem sobie teraz, że mogę to tu wrzucić tak "dla potomności" :wink:

Wrzucam w dokładnie takiej formie, jak to kiedyś napisałem (choć może jakieś stylistyczne poprawki tu i ówdzie by się przydały). Raczej nie zamierzam już tego poprawiać ani kontynuować (choć wówczas nie zginąłem, a save'y z tej gry wciąż mam gdzieś na dysku), ale jeśli chcecie, to śmiało komentujcie :)

Aha, skąd wziąłem imię głównego bohatera, to przynajmniej niektórzy powinni od razu skojarzyć ;)

Bohaterem tej opowieści jest Dwach-karr, krasnolud-egoista, któremu natura poskąpiła wdzięków, więc wszystko musi zdobywać piąchą (i ciosem młota). A jaki ma przy tym ubaw...

---

Co za parszywy dzień! - mruknął Dwach-karr. Nie dość, że przez ostatni tydzień ten stary piernik Tethtoril codziennie zamęczał go jakimiś przepowiedniami i innymi dawnymi głupotami, to jeszcze teraz ten dziadyga Gorion zbudził go wczesnym rankiem i nakazał zabrać prowiant, bo lada chwila będą ruszać w drogę.

Dwach-karr przeszedł się po twierdzy i pomógł paru burakom w ich duperelach (nie z dobroci serca, rzecz jasna, ale w oczekiwaniu na lśniące złote monety jako zapłatę). Jakby tego wszystkiego było mało, co chwila rzucali się na niego jacyś ciecie z nożami. Nie, no, już gorzej być nie może - pomyślał krasnolud. - Pluć, palić, nic nie zaszkodzi. Jakże się mylił! W ogrodach przy bibliotece wpadł na Tethtorila...
- (No, ładnie. Ci goście ze sztyletami, to był pikuś w porównaniu z tym.)
- Witaj, dziecko. Mógłbyś zanieść ten zwój do starego Firebeada? Siedzi najpewniej w gospodzie.
- Dobra, dobra, dawaj ten zwój i idź sobie.
- A przy okazji, co do przepowiedni Alaun...
- Nie!
- Ale ta przepow...
- NIE!!!

Zwoju oczywiście Dwach-karr nie oddał, za to tak skołował starucha, że ten wcisnął mu jeszcze w garść pełno monet. A tymczasem Brzuchacz Winthrop:
- Witaj, pamiętasz o opłacie 5000 sztuk złota za korzystanie z gospody, prawda?
- Co?!? Wypchaj się swoją brudną gospodą, tłuściochu!
- Wyluzuj, młody, pożartować nie można? Kupujesz coś?


Dwach-karr kupił kilka drobiazgów na drogę i wychylił kufelek dobrego piwka (o to zawsze ciężko, gdy się jest w podróży). Po chwili zauważył, że stary Firebead ma całkiem niezłe wdzianko. Jako że brutalność nie była mu obca, a nasz krasnolud lepiej dogadywał się z truposzami, niż z żywymi, postanowił zabrać te ciuchy z ciepłych jeszcze zwłok. Okazało się jednak, że staruszek całkiem nieźle włada magią, i Dwach-karr musiał zastosować taktykę: strzelasz - czmychasz na piętro przed czerwonymi pociskami - wracasz i strzelasz itd. Taktyka była całkiem skuteczna i już po chwili Dwach-karr chował kieckę starego Elvenhaira do swych przepastnych kieszeni (jednocześnie ssąc palec, w który jednak oberwał magicznym pociskiem). Zadowolony z takiego przebiegu wypadków, rozwalił jeszcze kilka skrzyń, w których znalazł parę zwojów i klejnotów, a nawet jedną ciekawą miksturkę.

Po tym wszystkim uznał, że może już ruszać, zatem wraz z Gorionem udali się do wyjścia z twierdzy. W drodze niestety zaskoczyła ich noc, a gdy chcieli zatrzymać się na odpoczynek, jak spod ziemi pojawiły się 3 rosłe postaci. Normalnie Dwach-karr by się nie uląkł, ale widząc gościa kilkukrotnie większego od siebie normalnie speniał. Na dodatek z ciemności wystrzeliła płonąca strzała i nieźle go poparzyła. Ostatecznie zostawił Goriona jego własnemu losowi (który zbyt przyjemny nie był) i czmychnął.

Z rana ocknął się pod jakimś krzakiem, gdy w ramię szturchała go Imoen, taka sobie koleżanka z Candlekeep. W normalnych warunkach przegnałby ją precz (ewentualnie poklepał po tyłku), ale w tej niecodziennej sytuacji gotów był przyjąć każdą pomoc. Tak więc ruszyli razem w dalszą drogę. Nieopodal natknęli się na śmieszną parę - czarodzieja w zielonych szatach i małego wścibskiego niziołka. No, takich ludzi mi trzeba - pomyślał nasz krasnolud. O dziwo, dwójka osobników, nie tylko zgodziła się przyłączyć, ale i wniosła do drużyny ciekawe mikstury lecznicze. Praca z nimi nie należała jednak do najłatwiejszych, bo okazali się nie mniej skąpi od naszego bohatera, czemu czarodziej Xzar dał wyraz już po kilku minutach drogi. Te, co to się tak świeci na tym drzewie? - zapytał i ruszył we wskazywanym kierunku. Ale Dwach-karr był szybszy - całe szczęście, bo świecąca błyskotka okazała się być najprawdziwszym diamentem, a żaden krasnolud by nie ścierpiał, że taki klejnot nosi sobie jakiś przemądrzały czarodziej.

Ruszyli w dalszą drogę, na północ, bo Gorion coś przebąkiwał o jakichś kumplach, którzy czekają w gospodzie "Pomocna Dłoń" czy jakoś tak. A nuż to będą równe chłopy... Po drodze nie wydarzyło się w sumie nic ciekawego, nie licząc napotkanego starucha, któremu Dwach-karr kazał spadać na drzewo, oraz ciekawego pierścionka, który znalazł Montaron w zagłębieniu skały (a oddał go po długim marudzeniu).

Przed murami gospody dopadło naszych kochanieńkich takie zmęczenie, że legli byle gdzie na trawie - całe szczęście, że nieopodal mieli swój posterunek strażnicy gospody, więc naszej drużyny nikt nieproszony nie zaczepiał podczas snu. I dobrze, że się wyspali, bo przed samymi drzwiami gospody doszło do nieoczekiwanego spotkania:
- Witaj, przyjacielu! Czy nazywasz się Dwach-karr? - zapytał człowiek w średnim wieku wyglądający na maga.
- Taa, cześć. To o tobie wspominał Gorion?
- Gorion... już pewnie gryzie glebę, co? Nie ruszaj się - mam coś dla ciebie!

Koleś już chciał wyczarować jakieś cholerstwo, ale świetnie zgrana akcja czarodzieja Xzara i złodzieja Montarona, który skoczył z cienia na napastnika, zadecydowała o rezultacie walki. Tak, miałem dobre przeczucie, by ich zabrać. Sam nawet nie musiałem skinąć palcem, he, he - pomyślał Dwach-karr, a na głos rzekł: Dobra, ludziska, dosyć tego opierniczania się. Wchodzimy do tej gospódki.


Dalsze przygody Dwach-karra, krasnoluda, który zabiłby własną matkę (choć jej nigdy nie poznał, ale co z tego), byle tylko napić się zimnego piwa, już wkrótce.

Druga część przygód złego krasnoluda Dwach-karra. Mam nadzieję, że będzie się miło czytało. W spoilerach będę sporadycznie dawał dodatkowe informacje w sprawach mechaniki itp., które nie są ściśle związane z opowieścią, więc nie mógłbym dać ich w głównym tekście.

---

W gospodzie okazało się, że ci "kumple Goriona", to tak naprawdę jakieś świętoszkowate małżeństwo jąkały i stukniętej druidki. Choć Dwach-karr po swoich doświadczeniach z Candlekeep miał serdecznie dość takich ludzi, to jednak postanowił zabrać ich choćby na chwilę. W rozmowie z właścicielem gospody wyszło, że gęba naszego bohatera nie budzi zbytniego zaufania, co poskutkowało gigantycznym podniesieniem cen w sklepie. Krasnolud zdecydował, że na przyszłość do takich rozmów będzie wysyłał siorkę, przynajmniej będzie z niej jakiś pożytek.

W wolnej chwili członkowie grupy porozłazili się po wszystkich piętrach gospody i gdy Xzar przymierzał szatę jeszcze niedawno należącą do Firebeada (wcześniej jakoś nie było na to czasu), a Montaron grzebał w rozmaitych skrzyniach stojących sobie bezpańsko, Dwach-karr przyjął od pewnego szlachcica parę złotych pantalonów (biedak był pewny, że oddaje je do prania, niech płacze!), a Imoen starała się zagadać pewną gnomkę o imieniu Landrin. Najęła ona naszą drużynę do misji wyplenienia wrednych pająków z jej domu w Beregoście (miasteczku nieopodal). Niestety, nawet urok osobisty Imoen nie podziałał wystarczająco na gnomkę i nie podzieliła się ona odtrutkami, które ostentacyjnie wystawały jej z kieszeni, zaś Imoen nie miała dość zaufania do swych zdolności, by tak chamsko próbować kradzieży. Nieszczęsna nowoprzyjęta do drużyny para w tym czasie nie ruszyła się nawet z miejsca. Na kiego mi oni - warknął pod nosem krasnolud. - Przeklęte obiboki.

Z braku lepszej rozrywki, grupa postanowiła zapolować na hobgobliny, które ponoć ukradły jakiejś babce jej pierścionek (idiotyczna parka robiła za żywe tarcze). Jako że naszym wojom wciąż brakowało wrażeń, udali się jeszcze dalej na wschód, aż dotarli do podmokłej okolicy zwanej Peldvale. Tam doszło do kolejnego niezwykłego spotkania.
- Pomóżcie, oni chcą mnie zabić! - krzyknęła nieziemsko piękna, czarnoskóra kobieta o białych włosach.
- Że kto? My? Ale co nas to w ogóle... - zaczął Dwach-karr, gdy do rozmowy włączył się najemnik w pełnym rynsztunku (skąd on właściwie nadszedł?):
- Stać! Te tereny patroluje Płomienna Pięść! A ta kobieta jest winna zabójstwa, na dodatek to mroczny elf! Mam rozkaz ją zabić. Do was nic nie mam, ruszajcie stąd!
Czy w sercu Dwach-karra, który przecież nie znał słowa współczucie, coś się faktycznie poruszyło? A może naszła go myśl o późniejszym wykorzystaniu pięknej elfki? Tak czy inaczej bez słowa, jedynie lekkim skinieniem głowy, dał rozkaz do ataku. Walka była krótka, może dlatego że elfka błyskawicznym zaklęciem ogłuszyła najemnika. Mimo to w walce tej zginął już wcześniej raniony przez hobgobliny Khalid. No ale czy to moja wina, że stał dokładnie między tym najemnikiem, a moją kuszą? - tłumaczył potem Dwach-karr zapłakanej Jaheirze. Tłumaczenia tłumaczeniami, ale przydałby się ktoś na miejsce tego cieniasa. Niestety, mroczna elfka stwierdziła, że musi ruszać w dalszą drogę sama (czyżby to było spowodowanie niedwuznacznymi spojrzeniami krasnoluda?), więc drużyna uszczuplona nieco wracała do "Pomocnej Dłoni". Ciało rudego jąkały Khalida bezceremonialnie pozostawiła w leśnej głuszy...
Bardzo chciałem przyłączyć Viconię, świetnie by mi się komponowała do drużyny, tylko że ja głupi zagadałem do niej swoim głównym z minimalną charyzmą, więc odeszła sobie. Żeby było śmieszniej: musiałem w tym miejscu wyjść z gry, więc zapisałem po jej odejściu, a jak wczytałem potem ten zapis, to stała sobie spokojnie obok i teoretycznie mogłem porozmawiać z nią jeszcze raz inną, bardziej charyzmatyczną postacią. Ale uznałem, że to by nie było fair wobec wyzwania, więc se stoi tam dalej ;)

Wracali do "Pomocnej" trochę okrężną drogą wzdłuż murów i wówczas Xzar znów objawił swój szósty zmysł. Te, pod tym drzewkiem leży sobie pierścień, widzieliście? - powiedział. Tym razem Dwach-karr pozwolił mu zatrzymać ten klejnocik. Nie żeby był jakiś wspaniałomyślny, po prostu pierścień emanował dziwnym światłem i tylko czarodziej mógł go włożyć na palec.

Następnie oddali pierścień znaleziony przy hobgoblinach tej głupiutkiej panience, a korzystając z tego, że oddaliła się ona natychmiast w sobie tylko znanym kierunku, opróżnili wszystkie szuflady z kosztowności (nie żeby tego było dużo, ale każdy grosz się przyda). U starucha Bentleya sprzedali resztę żelastwa i świecidełek, po czym podążyli na południe - Xzar i Monty marudzili, że chcą się spotkać z jakimś Berrunem we wsi Nashkel, a Dwach-karr czuł w tym jakieś większe pieniądze.

Choć szli wzdłuż traktu, Montaron co chwila schodził na bok, wpatrywał się w trawę i robił dziwne miny. W końcu nie wytrzymał: Widzicie wy te ślady, ludziska? Tam w lesie szykuje się coś większego. A więc weszli, choć niechętnie, w las tylko po to, by już za chwilę wpaść na grupkę rozwrzeszczanych xvartów. Padły one od strzał i ciosów szybciej niż zdążyłoby się powiedzieć "ciastko z jagodami".
- No, faktycznie coś większego, kurduple niższe od nas, żeś wymyślił, tropicielu - rzekł Dwach-karr. - Gdyby nie to, że miały trochę złota, już dawno bym cię oskalpował, inteligencie.
- A ty myślisz se, że tamte ślady to były głupie xvarty? - odparł Monty. - Idziemy dalej, nie gadać!
No i faktycznie natknęli się zaraz na coś większego - wielkiego, wygłodniałego ogra. Czekaj, Dwach-karr, do takiego lepiej się nie zbliżać - szepnęła Jaheira. - Zaraz przywołam siły natury, by przytrzymały go w miejscu. Ale to oczywiście nic nie dało, ogr wyrwał się z łatwością paru głupim roślinkom.
Czytaj: zrobił przeciw Oplątaniu rzut obronny 20!

Żesz, druidka od siedmiu boleści! - pomyślał nasz krasnolud i dał rozkaz nawalania w ogra, czym się da. Sam potwór musiał być dość zmieszany widząc strzały, bełty i takie śmieszne magiczne kulki wysysające energię lecące w jego stronę, bo cała walka skończyła się bez najmniejszego szwanku dla naszej drużyny. Przy ciele bestii znaleźli ciekawe trofea. Dwach-karr zapytał:
- Xzar, masz pojęcie, czy te pasy są magiczne?
- A co, nie widać? Oczywiście, że magiczne. Ale nie radzę ci żadnego zakładać, dopóki ich dokładnie nie zbadam. Nie chciałbyś się chyba przemienić w śliczną krasnoludzicę, co? (Właściwie co za różnica, przecież one też mają brody)
- Co tam mówiłeś pod koniec, że co?
- A nie, nic.
- To ile ci zajmie to "badanie"?
- Może parę godzin... ale raczej parę dni lub nawet tygodni. Miej żesz cierpliwość, magia to delikatna sprawa.


Po tej przygodzie nasi bohaterowie bez większych przeszkód dotarli do Beregostu (choć Dwach-karr i Jaheira oberwali nieco od jakichś głupich gibberlingów). Już na skraju miasta natknęli się na aż nadto uprzejmego człowieka, który wskazał im drogę do kuźni Grzmiącego Młota, świetnej (ponoć) tawerny Płonącego Czarodzieja i do najlepszej noclegowni - Gospody Feldeposta. Wszystko bardzo fajnie - myślał Dwach-karr idąc we wskazanym kierunku do gospody. - Tylko czemu ciągle spotykam takich mięczaków: "czego pan sobie życzy?", "a może zechciałby pan?" Czy wśród takich gości znajdę jakiegoś sensownego woja, który zastąpiłby tego płaczącego jąkałę Khalida?


Czy Dwach-karr znajdzie kolejnego towarzysza? I jakie przygody czekają go w mieście? O tym już w kolejnym odcinku!

Trzeci odcinek przygód Dwach-karra. Mam wrażenie, że każdy odcinek jest coraz dłuższy, choć opowiada o mniejszej części gry niż poprzedni...

---

Mmm, jak ja napiłbym się piwka... - pomyślał Dwach-karr. W okolicy można było spotkać urocze panienki, zaś z knajpy dobiegała tak wesoła, skoczna muzyka, że nawet święty by się nie oparł. A Dwach-karr z pewnością święty nie był. Zaraz przy samym wejściu do gospody zaczepił go jakiś platfus:
- Hej, nie podoba mi się twoja gęba! Spadaj stąd!
- A ty sam nie lepszy, łachmyto jeden! Chodzę, gdzie mi się podoba.

- Popatrz, Dunkin, pokurcz gada - zawołał oprych do jakiegoś swojego funfla. - Chyba dam mu naucz...
Nie dokończył, bo w tym momencie dosięgło go kilka ciosów ostrza Montarona i młota Dwach-karra, a jedna strzała Imoen sprawiła, że gość więcej się nie podniósł.
- I żeby to była nauczka dla ciebie, koleś! - krzyknął nasz krasnolud do Dunkina, który stał tylko i się przyglądał.
- Wy mordercze bękarty, strażnicy zrobią z wami porządek! - wrzasnął tamten, choć nie miał ochoty podchodzić bliżej.
Krew w krasnoludzie aż zawrzała, ale nie chciał sam zaczynać bójki na oczach wszystkich. Żądza mordobicia nie pozbawiła go jeszcze zdrowego rozsądku. W sumie zły humor niemal mu przeszedł, gdy słuchał pijackiej przyśpiewki jednego nieźle wstawionego gościa.

Osoby zakwaterowane na górze nie były specjalnie zachwycone, że ktoś narusza ich prywatność, nie przeszkodziło to jednak krasnoludowi wyciągnąć po kryjomu paru sztuk złota z szafek. Przy okazji wywiązał się mały spór:
- Monty, mógłbyś się trochę ogarnąć, co? Nie po to trzymam złodzieja w drużynie, by samemu rozwalać młotem te nieszczęsne skrzynie.
- Proszę, proszę, nie czujesz, gdy rymujesz... Zresztą co ci się wydaje, że takie wytrychy to banałka? Sam byś spróbował, to zobaczysz.
- Dobra, dobra, nie mądrz się tak. Ja tam wolę swój młot. Ale wziąłbyś się wreszcie za siebie, jasne?

Wreszcie drużyna zdecydowała się wynająć byle jakie łóżka (wrodzone skąpstwo Dwach-karra nie pozwoliło na żadne luksusy) i tak spędziła nockę. Wczesnym rankiem krasnolud zerwał wszystkich na baczność: Wstawać, lenie patentowane, złoto i piwo wzywają. Trza skołować trochę złomu, coby was jakie licho nie ugryzło.

Postanowili zajrzeć do sklepu przylegającego do gospody. Wielkim zaskoczeniem dla Dwach-karra był fakt, że właściciel był mniej więcej tego wzrostu, co on sam.
- Witajcie, nazywam się Kagain - powiedział krępy krasnolud za ladą. - Wyglądacie na spoko chłopów, chcielibyście trochę zarobić?
- Jasne, forsa zawsze nas interesuje. Lepiej powiedz, gdzie w tym jest haczyk.
- Haczyk jedynie taki, że musicie mieć miecze i topory w pogotowiu. Widzicie, prowadzę taki sobie ochroniarski interes i ostatnio najęli mnie do ogarnięcia jednej karawany. Miał nią jechać synalek jakiegoś grubego księcia, czy coś, w każdym razie nie byle kto. Drogi ostatnio niebezpieczne, a karawana ponoć została rozbita... Trzeba iść i odnaleźć to, co z niej zostało. Kij wie, na co się tam natkniemy.
- Dobra, najpierw powiedz, co z tego będę miał, a dopiero potem, dokąd mamy iść.
- Ci goście z pewnością wieźli sporo kosztowności, szmalu wystarczy dla nas wszystkich. A karawana powinna znajdować się gdzieś na północ od miasta. To co, rozumiem, że idziemy razem?

Dwach-karr czuł, że dopiero z tym gościem odnajdzie wspólny język. Jedyny problem może nastąpić przy podziałach łupów...

Zanim ruszyli na poszukiwanie karawany, przeszli się jeszcze trochę po mieście. Jeden koleś o imieniu Garrick coś tam bełkotał o ochronie jego ukochanej, jakiejś śpiewaczki. Jako że oferował za to aż 300 sztuk złota, grzechem byłoby nie skorzystać. Na miejscu okazało się, że jednak trochę przesadził.
- Więc to są nasi ochroniarze? - zapytała śpiewaczka patrząc z dezaprobatą. - no dobra, może być 100... no, 200 sztuk złota?
- Hola, miało być przynajmniej 300, co jest grane?
- Widzicie, mieliście walczyć z tymi tu bandytami, ale takie z was leszcze...
- Z nas są leszcze?!? Przecież to oni wyglądają, jakby w życiu nie widzieli miecza! Nie będziemy się tłuc dla paru marnych groszy!

To jednak był błąd ze strony naszych bohaterów, bo śpiewaczka niezwykle dobrze znała inkantacje magiczne. Postanowiła też natychmiast ich użyć. Nie zmienia to faktu, że młot i topór potrafią napsuć więcej krwi niż głupie zaklęcia. Po chwili strasznie zepsuta krew śpiewaczki wsiąkała już w ubitą ziemię. O, i to rozumiem. 400 sztuk złota z trupa i jakiś kijaszek dla naszej głupiej druidki. W to mi graj - pomyślał Dwach-karr. Na dodatek zupełnie niechcący grupa zrobiła dobry uczynek, bo rzekomi bandyci byli naprawdę niewinnymi kupcami. Oczywiście nasz krasnolud najbardziej ucieszył się z magicznej mikstury, którą dostał w podzięce. Na żałosnego Garricka, który stał całkiem bezradny, nawet nie spojrzał.

Po tej walce drużyna się rozdzieliła. Dwach-karr, któremu strasznie zaschło w gardle poszedł na kufelek do "Płonącego Czarodzieja". Tam natknął się na jakiegoś niziołka, wrednego złodzieja, który coś tam mamrotał, a gdy krasnolud się nachylił, by lepiej słyszeć, skurczybyk porwał mu sakiewkę i zniknął, nim Dwach-karr zdążył mu przyłożyć. W tym czasie Imoen wybrała się do wspaniałej posiadłości na północy miasteczka, by trochę pomyszkować. Choć niespecjalnie radziła sobie z zamkami, i tak lepiej wyszła na tej wyprawie niż nasz krasnolud. Reszta drużyny w tym czasie postanowiła zażyć świeżego powietrza, nie robiąc nic szczególnego.

W jednym z domów natknęli się znów na Firebeada. Nie, zaraz, przecież on nie żyje. Może to był jego brat? On też najwyraźniej miał za dużo kasy, którą po prostu musiał się podzielić. To chyba rodzinne... Prócz tego chciał, by kupić dla niego jakąś tam książkę. A co mi tam, może dostanę kolejne 300 sztuk złota - pomyślał Dwach-karr i ruszył do sklepu. No i się przeliczył - zamiast dodatkowej gotowizny dostał w zamian inną starą książkę. Nawet na nią nie spojrzał. Wrzucił ją w najciemniejszy kąt swoich pakunków i pomyślał: No, miarka się przebrała. Skończysz jak twój biedny braciszek. Staruszek był mocniejszy od tego chłystka w Candlekeep i próbował czarować z magicznego cienia, ale Dwach-karr też walczył coraz lepiej. Poza tym od czego ma się kompanów?

Zdyszany nieco po walce krasnolud pomyślał sobie: Co jest lepsze od dobrej bitki? W tym momencie usłyszał, jak Kagain mruknął: Napiłbym się piwa. No proszę, pokrewne dusze! Postanowili wypróbować jakąś nową knajpkę, zatem udali się do takiego sobie budyneczku z szyldem "Czerwony Bukiet". W środku czekała ich jednak niemiła niespodzianka:
- Patrzcie, kolejny krasnolud! - zawołał Dwach-karr. - Witaj, brachu!
- Krasnolud, czy nie krasnolud, niewiele ci już życia zostało - odrzekł nieznajomy. - To nic osobistego, po prostu chcę sobie trochę zarobić. Broń się!
Przeciwnik wyglądał groźnie. Całe szczęście, że tawerna była stara i przez przegniłe deski w podłodze przebijały jakieś trawy. Jaheirze udało się je skierować ku napastnikowi, który skutecznie przytrzymany w miejscu wkrótce zginął od strzał Imoen i bełtów Dwach-karra (głównie od bełtów). O co w tym wszystkim chodzi? Czemu kolejna osoba ma list gończy z moim imieniem? - gorączkowo zastanawiał się nasz krasnolud. - No, nic - powiedział na głos. - Kagain, za te trudy należy nam się po kufelku.

Przy trzecim, czy czwartym piwie dosiadł się do nich jakiś niziołek. Widzę, że tęgie z was chłopy i potraficie się bić - powiedział. - Może moglibyście zabić pewne gnolle, które ukradły mój kozik? Chyba szlajają się w okolicach Wysokiego Żywopłotu, na zachodzie. Dwach-karrowi po jakże szlachetnym trunku świat wydawał się taki piękny, że gotów był zgodzić się absolutnie na wszystko, zwłaszcza że niziołek oferował za tę raczej prostą robótkę trochę grosza. Przedtem jednak nasz bohater wysłał Montarona, by rozejrzał się po skrzyniach na górze. Po chwili drużynowy złodziejaszek wrócił:
- Szefie, nic z tego nie będzie. Potrzebny jest twój młot.
- Ażeby cię...! Dobra, już idę.

W tym czasie do Kagaina, który wciąż sączył swoje piwo, przysiadł się jaki pijaczyna i zaczął podśpiewywać. Kagain szybko go zgasił: Panie, fałszujesz pan strasznie. A poza tym... to już było. W tym momencie z piętra zeszli Montaron i Dwach-karr: Dobra, załatwione. Idziemy, mamy robotę do wykonania. Słyszałem, że w tym całym Żywopłocie mieszka jakiś znany czarodziej. Może będzie chciał podzielić się swoimi cackami. A jeśli nie... - Dwach-karr z krzywym uśmiechem pogłaskał swój młot bojowy.


Co wydarzyło się w Wysokim Żywopłocie i nie tylko - w następnym odcinku.

Na prośbę jednego z użytkowników Insi zrobiłem screeny z momentu, na którym się zatrzymałem, gdy mam zamiar udać się do Żywopłotu.

Dwach-karr - staty, ekwipunek

Biegłości ma dwie * w strzeleckich (kusza) i trzy w obuchowych (młot). Miałem sporego farta przy PŻ na poziom :) Jak widać przez to zabijanie Firebeadów utrzymuję reputację na najniższym poziomie (od 5 w dół jest szansa na pojawienie się Płomiennych w miastach, a oni są w cholerę trudni - nie chcę ryzykować na wyzwaniu, nawet jeśli muszę kupować reputację w świątyniach).

I ekwipunek pozostałych: Kagain, Montaron, Jaheira, Imoen, Xzar. W sumie na razie nic szczególnego. Żadnych magicznych broni poza kijkiem Jaheiry. Xzar nawet jeszcze nie nauczył się czarów ze zwojów - chyba jak wrócę do Pomocnej Dłoni, to kupię miksturki geniuszu dla niego, bo z inteligencją 17 ma 25% na schrzanienie wpisania czaru, a tego bym nie chciał.

Wszyscy też (poza głównym), jak widać po PŻ, są jeszcze na 1. poziomie, poza Jaheirą, która awansowała przy Silke albo Karlacie (już nie pamiętam).

Czwarty odcinek przygód Dwach-karra. Znów dłuższy niż poprzedni, o rety...

---

Po kilku godzinach drogi drużyna zobaczyła w oddali mury tej małej twierdzy zwanej Wysokim Żywopłotem. Dobra, koledzy, te gnolle muszą być gdzieś w pobliżu - powiedział Dwach-karr. - Taa, wiem, w pojedynkę to kompletne cieniasy, ale ich tu może być całe stado. Bądźmy czujni, chyba nie chcecie oberwać halabardą po plerach? Okazało się, że gnolle to nie tylko cieniasy, ale i bardzo głupie stworzenia (w dodatku ledwie trzy sztuki). Ich powarkiwanie stało się po chwili tak wyraźne, że nie trzeba było nawet wysyłać na zwiad kryjącego się po cieniach Montarona. Były bardzo zaskoczone widząc drużynę w pełnym rynsztunku nacierającą na nie, więc walka nie sprawiła wielu problemów. Znacznie gorsza była zasadzka flindów, w którą nasi bohaterowie wpadli chwilę później. Życie w niej stracił dzielny Kagain. Gdyby to była, powiedzmy, głupia Jaheira, Dwach-karr nie miałby żadnych skrupułów, przed porzuceniem jej w leśnej głuszy. Ale śmierci tak dobrego kompana i w dodatku krasnoluda nie mógł przeboleć - udał się natychmiast do najbliższej świątyni, by go wskrzesić. Jak się okazało, nie było to specjalnie drogie - może dlatego, że Imoen tak zabajerowała kapłana. Dwach-karr postanowił błyskawicznie uzbroić krasnoludzkiego towarzysza i wrócić w okolice Żywopłotu, zanim Kagain zorientuje się, co się naprawdę z nim stało.
Wszystko przez to, że nie zwiałem tym głupim flindom, a chciałem mieć cały czas Kagaina żywego - ze względów fabularnych. Ach jak chciałoby się wczytać grę... W takich chwilach się to docenia. :)

Skoro już tu jesteśmy, zajrzyjmy do tego czarodzieja, który tu mieszka - rzekł nasz krasnolud jak gdyby nigdy nic. - Mam tylko nadzieję, że to rozsądny człek, a nie jakiś nadęty bufon. O, patrzcie, są jakieś drzwi i tabliczka: "Jeśli chcesz kupić coś magicznego, wchodzisz na własne ryzyko. Jeśli magia ci lata równo, idź sobie do knajpy - lepiej na tym wyjdziesz". Odwagi Dwach-karr miał jak mało kto (czasem była ona tylko o krok od głupoty), więc oczywiście nakazał wejście do kwatery czarodzieja. Sam staruszek stał w głębi budynku, grzebiąc w swoich szafkach. Dwach-karr już chciał do niego podejść, lecz nim ktokolwiek z drużyny zdążył zrobić choćby krok, rzuciły się na nich dwie żywe góry mięsa. Panie, co jest? No, zrób pan coś! - krzyknął do maga krasnolud. Ten tylko skinął dwa razy palcem i oba potwory zastygły w bezruchu.
- Niezłą tu masz obstawę, nie ma co - rzekł nasz bohater. - To ty wywiesiłeś tę tabliczkę przed drzwiami?
- Tabliczka... no tak...
- mruknął staruszek. - To wszystko przez nią. Każdy idiota próbuje udowodnić, jaki to jest odważny i gotów podjąć wszelkie ryzyko. Włażą tutaj stadami i nie mam ani chwili spokoju. A moje golemy nie lubią obcych, o nie... Bądźcie tak dobrzy, zamknijcie drzwi z tamtej strony i przy okazji zdejmijcie tę diabelną tabliczkę.
- Dobra, dobra. Jak już tu jesteśmy, to chcemy się trochę rozejrzeć. Xzar, widzisz tu coś dla siebie?
- Coś może by się znalazło. Te, ale fajne cacko! Kupimy je?
- Możem tak. Co to jest?
- zapytał Dwach-karr czarodzieja.
- To pazur starożytnej bestii - Kazgarotha. Można go nosić jak pierścień, ponoć ma wielkie moce magicz...
- Okej, okej
- wtrącił się Kagain. - Chłopie, co ty - chory? Będziesz kupował taką tandetę i świecidełka dla turystów? Topór i młot ci nie wystarczą?
To zamykało dyskusję. Wyszli z budynku (Xzar ze swoich oszczędności nabył na odchodnym kilka zwojów) i ruszyli dalej. Tabliczkę na drzwiach oczywiście zostawili na miejscu - z roztargnienia, czy może z wrodzonego krasnoludzkiego okrucieństwa?
Na forum Insi był jeden użytkownik, który strasznie był za Szponem Kazgarotha - każdemu radził, że trzeba go używać, to najświetniejszy przedmiot w BG itp., więc ten kawałek o Szponie napisałem celowo mu na przekór ;)

Co tam? Wracamy do miasta, nie? - zapytał krasnolud oczekując wyłącznie twierdzącej odpowiedzi. Ale Montaron znów coś zwietrzył - może w zamkach jest fatalny, ale do tropienia chłopak ma talent. Tylko że ślady, które odkrył, ewidentnie należały do stworzeń o ośmiu odnóżach... Chwilę później wpadli na ogromnego pająka, który najwyraźniej uwił sobie gniazdko w zapuszczonym ogrodzie jakiegoś starego domu. Na szczęście chłodna rozwaga Dwach-karra i bełty wystrzeliwane przezeń z niebywałą precyzją przyczyniły się do szybkiego i sprawnego rozstrzygnięcia walki. Drzwi domku były przegniłe, więc z łatwością dostali się do środka. Panował tam niezły bałagan, ale jedna skrzynia wyglądała naprawdę obiecująco. Nie minęła chwila, a Monty już przy niej majstrował.
- Kolego, przecież już nie raz pokazałeś, jaki mizerny z ciebie włamywacz. Ja to załatwię - rzekł nasz krasnolud i silnie uderzył młotem w zamek, który jednak ani drgnął.
- No i co się było przechwalać, no co? "Mizerny z ciebie złodziej, ja to jestem silny" - Monty zaczął przedrzeźniać Dwach-karra.
- Chłopcy, dalibyście raz spokój tym dziecinnym kłótniom - wtrąciła się Imoen. - Ostatnio pracowałam sporo nad techniką otwierania zamków. Patrzcie, jak się to robi - dość długo grzebała w zamku, bez skutku. - Ekhem, chyba troszeczkę przesadziłam...
- No tak, oczywiście. Baby zawsze pchają się do spraw, o których nie mają zielonego pojęcia - rzekł Dwach-karr, a Montaron przyznał mu rację.
W ten sposób połączeni ogólną nienawiścią do płci przeciwnej zapomnieli kompletnie o skrzyni i postanowili wrócić do miasteczka. Jeszcze w drodze odezwał się Kagain: Wiecie co, ziomy? Nie chce mi się szukać tej zasmarkanej karawany. Z wami jest o wiele więcej zabawy. Prowadźcie, gdzie chcecie, może być i na południe. Choć nie przeczę, że wolałbym raczej do najbliższej knajpy.
Co do skrzyni: naprawdę nie rozumiem, dlaczego pojemnik, w którym jest głupi akwamaryn (średnio 100 sztuk złota przy sprzedaży), ma trudność zamka aż 70.

Po powrocie do Beregostu grupa rozdzieliła się. Dwach-karr wysłał Kagaina, by odniósł mieczyk niziołkowi z "Czerwonego Bukietu" i odebrał nagrodę (z przykazaniem: Tylko nie przepij wszystkiego od razu), sam zaś wybrał się do gospody, w której jeszcze nie miał okazji zakosztować trunku - do "Wesołego Żonglera". Zaraz przysiadł się do niego inny krasnolud, przedstawił się jako Gurke i przy szklanicy piwa opowiedział naszemu bohaterowi, jak to małe głupie tasloi ukradły jego magiczny płaszcz, przez co stał się pośmiewiskiem dla wszystkich dookoła. Prócz tego po gospodzie pałętał się jakiś paladyn i coś tam jęczał, że półogry gdzieś daleko na południowym zachodzie zrobiły mu kuku. Dwach-karr nie mógł słuchać takiego biadolenia tego, tfu, praworządnego rycerzyka, więc udał się na piętro gospody. Tam natknął się na jakiegoś wystraszonego gościa, który mamrotał:
- Widziałeś tego paladyna? On chce mnie... Właściwie nie wiem, co chce mi zrobić, ale widziałem to w jego oczach. Nie mogę zejść na dół, bo on wie, że ja wiem, że gdyby on...
- Kolego, zamknij się wreszcie! Masz nierówno pod sufitem czy jak? Tamten paladyn to tchórzliwy biedaczek, który prędzej sam się ciebie przestraszy. Aj, co ja będę gadał, idę stąd. A ty siedź tu sobie choćby i do końca świata, mam to gdzieś.


W tym czasie Montaron przeszedł się do kuźni, by poszukać jakiegoś sprzętu dla siebie, Imoen odeszła w kierunku gospody Feldeposta (nie mówiąc jednak w jakim celu), a Jaheira mając serdecznie dość ciągłych przekomarzań i sporów Dwach-karra i Kagaina, które piwo jest najlepsze, postanowiła odwiedzić jakichś miłych mieszkańców miasta. W jednym z domów przyjemnie pogawędziła sobie z młodą kobietą o imieniu Mirianne. Przy okazji dowiedziała się, że czeka ona na wiadomość od męża, który wyjechał w interesach aż do Amnu. Ponoć posłaniec mógł zgubić drogę lub wpaść w jakieś tarapaty, więc druidka obiecała, że postara się dowiedzieć co i jak.

Gdy drużynka znów się zebrała, Montaron od razu wypalił:
- Szefie, u kowala widziałem taką świetną zbroję, taką genialną, kosztowała tylko 20500 sztuk złota.
- Co? Ponad 20 tauzenów?!? Oszalałeś, skąd ja ci wezmę tyle forsy?
- Ale ta zbroja jest taka fajna, pomaga lepiej kryć się w cieniach i być kompletnie niewidocznym, wiesz?
- Jeśli pozwala też być całkowicie niesłyszalnym, to zaraz zbieram kasę, by ci ją kupić. Gdzie jest ta moja sakiewka?

W tym czasie Imoen nieśmiało podeszła do Kagaina:
- Kagain, ten twój topór jest już stary i zardzewiały...
- Co chcesz przez to powiedzieć, ty?!?
- No, że... kupiłam ci nowy! I chyba jest magiczny. Tylko że... wydałam prawie wszystkie nasze pieniądze...
- A więc to tu się podziała moja sakiewka!
- krzyknął Dwach-karr. - Właściwie powinienem cię obić dla przykładu, by nikt więcej nie dotykał się moich złociszy! Ale że kupiłaś taki śliczny topór dla mojego kumpla... ten jeden raz ci wybaczę.
Mieli już ruszać w drogę, gdy jeszcze odezwał się Xzar:
- Te, bym zapomniał. Herold na ulicy coś wykrzykiwał o jakimś szalonym kapłanie, który szlaja się po pustkowiach na południowym zachodzie. Za jego głowę jest nagroda pięciu tysiączków.
- 50 baniek?!? Musimy go odnaleźć! Idziemy!
- zakrzyknął nasz krasnolud i ruszyli na południe.
Imoen faktycznie wydała prawie wszystkie pieniądze drużyny. Zostało tylko 35 sztuk złota. Kapłan Bassilus, gdzie kapłan Bassilus?

Tuż za miastem natknęli się na dwa ogropodobne stwory, które właśnie szamały coś, co do niedawna było niziołkiem. Oczywiście w swej zachłanności nie mogły się powstrzymać przed kolejną porcją mięsa, tyle że to mięso stawiło opór. A cóż może zrobić piącha (nawet ogrza), gdy oberwie młotem bojowym lub zostanie odrąbana toporem? Po walce Jaheira domyślając się, kim był ten niziołek, w tajemnicy przed resztą przeszukała zwłoki i znalazła list - adresowany, jak przypuszczała, do Mirianne. Gdy drużyna zatrzymała się na krótki popas, druidka odłączyła od grupy, by po chwili wrócić z pierścionkiem na palcu (nagrodą od wdzięcznej Mirianne). Miała szczęście, że Dwach-karr go nie zobaczył, bo z niego istny pies na błyskotki. Niemniej Kagain był bardziej spostrzegawczy: No, kochana, co ty tu masz? Nie podzielisz się swoimi skarbami z funflem? Oj nieładnie, nieładnie... To co, oddasz po dobroci, czy mam go zabrać siłą? Jaheira nie była głupia - wolała stracić pierścień, niż całą dłoń.
Ten kawałek z Kagainem dorzuciłem tylko dlatego, że krasnolud strasznie ostatnio obrywał od wrogów (cudem obeszło się bez kolejnego wskrzeszenia), więc +1 do KP mu się przyda.

Po jakimś czasie naszym podróżnikom zagrodził drogę gość w metalowej zbroi:
- Stać! Z pewnością to wy jesteście bandytami, którzy ostatnio napadają na karawany i kurierów. Aresztuję was w imieniu Płomiennej Pięści!
- Słuchaj, koleś! Bandytami nie jesteśmy, ale w każdej chwili możemy nimi zostać. Mamusia cię nie nauczyła, by nie zaczepiać obcych, a już zwłaszcza wściekłych krasnoludów, które aż od dwóch godzin nie miały piwa w ustach? Twoja strata!

Żołnierz próbował stawiać opór, ale, jak można się domyślić, nieskutecznie. Głupie te rycerzyki: "My stanowimy prawo, my stanowimy prawo". Ile można tego słuchać? - mruczał Dwach-karr, a głośniej rzekł: Chodź, Kagain, przyda ci się zbroja tego idioty. A ciało zostawimy, może jakieś gibberlingi się nim pożywią.

Gdy Kagain przymierzał świetną zbroję płytową, Montaron, jak to już miał w zwyczaju, badał ślady na ściółce.
- Co tam? Znowu coś masz? - zapytał Dwach-karr.
- Aha, jeśli mnie wzrok nie myli, pałętają się tu jakieś hobgobliny. To co, zapolujem?
No to zapolowali. Nie było to specjalnie trudne, choć byli nieco zaskoczeni, gdy po (jak się wydawało) skończonej walce, wyrósł jak spod ziemi kolejny hobgoblin i zamierzył się mieczem na Kagaina. Trafił nawet, lecz chwilę później dosięgła go strzałka Montarona. Patrzcie, co on za buty ma na sobie? - powiedział Monty. - Nie znam się na magii tak dobrze, jak nasz stuknięty czarodziej, ale wydaje mi się, że to dzięki tym butom ten hobgoblin tak świetnie się skradał. Muszę je przymierzyć! I faktycznie po ich założeniu złodziej od razu jakby mniej rzucał się w oczy. Korzystając z tego zakradł się do skały nieopodal, bo dostrzegł prowadzące do niej ślady hobgoblinów. Po chwili wrócił mówiąc: Chłopaki, ekstra! Tam w skale te dranie miały skrytkę i znalazłem napoje uzdrawiające! W tym momencie Dwach-karr coś sobie przypomniał:
- Xzar, mówiłeś wcześniej coś o szalonym kapłanie?
- Taa, gdzieś na zachód stąd. Ale przecież mieliśmy do Nashkel...
- Oj tam, oj tam. Nashkel nie zając, a za tego kapłana okrągłe pięć tysiaków. Kto wie, może jeszcze chowa on jakieś skarby? Nie obijać się, ruszamy na zachód.



O spotkaniu drużyny z szalonym kapłanem (i nie tylko) już w następnym odcinku.

Piąta część przygód krasnoluda Dwach-karra.

---

W leśnej głuszy napotkali najmniej spodziewaną osobę - małego chłopca, który wyglądał jak obłąkany i mówił sam do siebie: He, he, he, Bassilus gada do swoich kościstych strachów, ale strachy mu nie odpowiadają, a jeden ze strachów wygląda trochę jak moja mamusia, he, he, he... W tym momencie Dwach-karr i Kagain niemal jednocześnie wybuchnęli głośnym śmiechem, a zamilkli dopiero wtedy, gdy Montaron pokazał im walające się w pobliżu kości i podejrzane ślady. Jaheira, która chyba jako jedyna przejęła się losem dzieciaka, ze łzami w oczach szepnęła: Już, dziecko, cii. Wszystko będzie dobrze. Widzisz tę ścieżkę? Tędy prędko dotrzesz do miasta, tam będziesz bezpieczny. Ale chłopiec zdawał się jej nie widzieć ani nie słyszeć, bo wciąż śmiał się sam do siebie i oddalił się w zupełnie odwrotnym kierunku. Drużyna nigdy więcej go nie spotkała.

Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyli kamienny krąg, na środku którego stał poszukiwany kapłan. Nawet nie wyglądałby na wariata, gdyby nie to, że dookoła niego chodziła cała masa zombie i szkieletów, a sam sprawca tego zamieszania usilnie próbował do nich przemawiać:
- No, braciszku, opowiedz nam zabawną anegdotkę z czasów Twierdzy Zhentil. Nie wstydaj się tak, może inni jeszcze jej nie słyszeli.
- Ghhh...
- to był jedyny dźwięk, jaki dał się słyszeć z zaciśniętych, zimnych szczęk nieumarłego.
- A tak, masz zupełną rację, że... - kapłan nagle urwał. - Kto tu jest? Tatko, czy to ty?
- Taa, jasne. To ja, kochany tatuś
- oparł ironiczne nasz krasnolud. - Kopę lat, synku, ostatni raz widzieliśmy się chyba w tej, no... (jak on to mówił?) ...Twierdzy Zhentil, o!
- Nie! To nie możliwe!
- krzyknął Bassilus, jakby nagle coś sobie przypomniał. - Mój ojciec przecież zginął i...
- Kolego, czy ty nie widzisz, że wokół ciebie wszyscy są martwi. No, sorry, ale nawet krasnoludy mają trochę szaconku dla swoich zmarłych, a ty sobie urządziłeś tutaj noc żywych trupów. Oni wszyscy są martwi, rozumiesz? Martwi!
- NIEEEE!
- ryknął Bassilus, gdy nagle na jego oczach wszystkie szkielety zaczęły się rozpadać. - Pożałujesz tego, że niszczysz moje wspomnienia! GIIIIŃ!

Doprowadzony do ostateczności kapłan zaczął rzucać jakieś niebezpieczne klątwy, ale ugiął się pod gradem strzałek Montarona, bełtów Dwach-karra i morderczych zaklęć Xzara. Przy ciele szaleńca znaleźli dziwny symbol jakiegoś boga, który zapewne miał być dowodem śmierci kapłana (Za który będzie nagroda! Ach, pieniądze... - pomyślał nasz krasnolud) oraz błyszczący, złotawy młot bojowy.
- Co o nim myślisz? - zapytał Dwach-karr zbzikowanego drużynowego czarodzieja.
- A co ja mam myśleć? - odrzekł Xzar. - Przecież wiesz dobrze, że takie badanie wymaga czasu.
- A właśnie, dobrze, że mi przypomniałeś. Jak się miewają nasze pasy? Wiesz już, który jest dobry, a który zły? (Bo brzydki to sam jesteś) - ostatnie słowa tylko wymruczał pod nosem niezadowolony krasnolud. - A tam, nie będę czekał wieków, przecie nic mi się nie stanie.
Wziął młot kapłana do ręki (na razie wszystko było w porządku) i nagle przywalił nim z całej siły w leżące przed nim ciało, które na ułamek sekundy poderwało się, jakby pod wpływem jakiegoś elektrycznego wstrząsu, po czym znów upadło bezwładnie na ziemię. Wygląda na to, że to niczego sobie młotek - powiedział Dwach-karr. - I żeby było jasne, wszystkim wam wara od niego!

Podjęli dalszą wędrówkę. W pewnym momencie natknęli się na jakiegoś wystraszonego wieśniaka, który mamrotał:
- O rety, ludzie, ja was widzę, czy nie widzę? Jesteście prawdziwi czy to kolejne omamy?
- Tak, idioto, jesteśmy prawdziwi i właśnie dlatego nie mamy czasu wysłuchiwać biadoleń każdego napotkanego kmiotka.
- Ale wy nie rozumiecie, niedaleko stąd kurczak mówił do mnie ludzkim głosem!
- No to ładnie... a ja myślałem, że ten Bassilus był największym świrem w okolicy
- rzekł nasz krasnolud. - Kolego, nie wiem, co brałeś, ale następnym razem połowę daj mi, ty nie masz na to głowy. A teraz zmiataj!
Mimo wszystko (głównie za namową Jaheiry, której obecność gadających kurczaków wydała się pogwałceniem natury) poszli we wskazanym przez owego człeka kierunku. I faktycznie spotkali niezwykłego kurczaka, a nawet w ostatniej chwili uchronili go przed zostaniem obiadkiem głodnego wilka.
- *gdak* dzie-dziękuję - kurczak słowa wymawiał z wielką trudnością. - To te-teraz *gdak* pomóżcie mi odzys-*gdak*-kać prawdzi-dziwą *gdak* postać.
- Nie no, na polimorfii to ja się za bardzo nie znam
- rzekł Xzar, który chyba jako jedyny rozumiał, o co chodzi. - Nie masz jakiegoś innego pomysłu, kto mógłby cię odczarować?
- Jest *gdak* je-jeden człowiek, który *gdak* to potrafi. Nazy-zywa się *gdak* Thalantyr. Byłem jego *gdak* u-uczniem.
- Czyli że co? Znów wracamy do tego starego pryka?
- zapytał Dwach-karr. - A to się dziadyga zdziwi. Żeby tylko był bardziej hojny, niż ostatnim razem...
---
- No i co? Nie spodziewałeś się nas tak szybko, co, staruszku? - powiedział z krzywym uśmiechem krasnolud do czarodzieja. - Postanowiliśmy ci wynagrodzić to, że tak nas ciągle znosisz i przynieśliśmy ci kurczaka.
- Dzięki wielkie, ale niepotrzebnie się fatygowaliście
- odrzekł niecierpliwie Thalantyr. - Jestem już po obiedzie.
- Nie, nie. Nie przynieśliśmy ci kurczaka do jedzenia, tylko kurczaka do odczarowania. Przecież lubisz takie hece, nie? Poza tym ponoć jest twoim uczniem.
- Jakiego kurczaka? Jakim uczniem? Nie mam żadnego kurczaka za ucznia. W ogóle nie mam żadnego ucznia! Chyba że...
- czarodziej zawahał się. - Do licha ciężkiego, Melicamp, to ty?
- *gdak* ja, mi-mistrzu
- kurczak wygramolił się z tobołków naszej drużyny - pożyczyłem sobie *gdak* kiedyś pa-parę twoich *gdak* eliksirów. Była jeszcze ta cze-czerwona *gdak* płachta i sta-stare *gdak* bransolety...
- Branso... COOO??? No to jesteś ugotowany, mój ty niedoszły uczniaku!
- zawołał Thalantyr, a do naszej ekipy rzekł: - Dla waszej wiadomości - uczeń to ten, który się uczy, a nie porywa z pracowni nieznane preparaty i testuje je na chybił trafił. A ten tutaj najwyraźniej chybił... Istnieje dla niego tylko jedna szansa, ale do tego będę was potrzebował. Przynieście czaszkę, obojętnie jaką, a może będę w stanie przywrócić mu dawną postać. Szkoda, że nie ma podobnych czarów na wlanie oleju do głowy...

Poszukiwania czaszki nie trwały zbyt długo. Po okolicy wałęsało się wiele szkieletów. Co prawda żaden nie chciał oddać swej czaszki dobrowolnie, no ale od czego młot i topór w dłoniach krasnoludów? Z niezbędnym składnikiem czaru wrócili do czarodzieja. Ten wymruczał pod nosem tajemne formuły: Anty-kurczakus-detransformus-cobys-nie-skończus-w-rosolus! No i na mruczeniu się skończyło. Głupi uczniak Melicamp nie przeżył tak silnego zaklęcia, a Thalantyr rzekł jedynie: Należało się tego spodziewać. Trudno, bywa. A teraz wynoście się stąd, bo was poszczuję moimi golemami! Jedynie wzmianka o golemach powstrzymała Dwach-karra przed przyłożeniem magowi w głowę. Wkurzona i zmęczona bezsensownymi misjami drużyna wróciła do Beregostu na nocleg. Wcześniej jednak oddała święty symbol szalonego kapłana do świątyni i zainkasowała okrąglutkie pięć tysięcy. To był chyba jedyny pozytywny moment z ostatnich kilku dni.
No, to się nazywa pech, że na wyzwaniu się nie powiódł Dekurczacznik. I nic, ani expa, ani reputki :x Obrzydliwe 50% szans w tę i 50% w tę...

Wypoczęci ruszyli w dalszą podróż na południe, zwłaszcza że Xzar się już porządnie niecierpliwił, a lepiej nie wkurzać nieobliczalnego, stukniętego czarodzieja! Jednak na trakcie spotkała ich niemiła niespodzianka. Nasi bohaterowie wpadli w zasadzkę hobgoblinów. Sama walka nie była wymagająca, ale Dwach-karra ciągle męczyła myśl, że te wszystkie ataki, pułapki i inne nieprzyjemności nie są wyłącznie zbiegiem złych okoliczności... Dlatego też krasnolud postanowił iść nieco okrężną drogą, z dala od otwartych gościńców. W leśnej głuszy natknęli się na pustelnika, który swoimi wrednymi półsłówkami nieźle wkurzył naszego bohatera.
Ta gadka jest według mnie tak świetna, że aż głupio by było zastępować ją jakąś inną, wymyśloną na potrzeby tej opowieści.

Gdy drużyna zbliżała się już w okolice Nashkel, napotkała pewnego nadętego szlachcica, który przedstawił się jako Lord Foreshadow. Stwierdził on, że w całym dalekim Neverwinter nie widziano tak cudacznej bandy, gdy zaś Dwach-karr podał w wątpliwość samo istnienie owego miasta, szlachcic stwierdził: No, ale może wkrótce istnieć będzie. Krasnolud uznał, że paniczyk jest nie za bardzo ten tego, skoro rzuca takie anachroniczne teksty, więc bez słowa ruszył w dalszą drogę.
Oczywiście w roku 1998, gdy wydano BG, tekst Foreshadowa nie był anachroniczny. Neverwinter faktycznie dopiero miało powstać. :) Gra Neverwinter Nights została wydana w 2002 roku.

Wreszcie po długiej wędrówce z Candlekeep, przez "Pomocną Dłoń" i Beregost, podróżnicy dotarli do Nashkel, tej wioski na południu, za którą ponoć są już tylko nieprzebyte Chmurne Szczyty. Tutaj naszą drużynę zatrzymał dowódca miejscowej straży, niejaki Bardolan. Gdy tylko usłyszał, że Xzar i Montaron chcą rozmawiać z Berrunem (okazało się, że to burmistrz tej wioski), bardzo się uradował: Proszę, proszę, nie zatrzymuję was dłużej. Jeśli chcecie, wypocznijcie nieco w naszych skromnych progach. Berrun będzie na was czekał nieopodal świątyni Helma.

Tak miło przyjęta drużyna postanowiła rozgościć się i przespać. Niestety, nie było im dane zaznać spokoju... Ledwie weszli do gospody, naszego krasnoluda zaczepiła jakaś podejrzana kobieta:
- O, tak. Słyszałam o tobie. Nazywasz się Dwach-karr, prawda?
- Czego znowu? Tłumacz się zaraz, kim jesteś?!?
- Och, wybacz, ale przed umarłymi nie warto się tłumaczyć. Może to nie do końca przystoi damie, ale... poderżnę ci gardło!

Walka może do prostych nie należała, bo kobieta okazała się być biegłą w magii, ale w końcu udało się ją spacyfikować młotem i toporem. Tylko dlaczego ona też miała list gończy z imieniem naszego krasnoluda? Komu aż tak bardzo zalazł on za skórę? Może pomoc w rozwiązaniu tutejszych problemów rzuci jakieś światło na tę sytuację...


O spotkaniu z Berrunem, burmistrzem Nashkel, a także innych zabawnych/wnerwiających/niebezpiecznych przygodach drużyny Dwach-karra już w następnym odcinku.

No i, jak wspomniałem, na opis tego spotkania, ani kolejnych przygód raczej się nie zanosi. Chyba że kiedyś... ewentualnie... w odległej przyszłości...
_________________
If you want something done, do it yourself! - Jean-Baptiste Emanuel Zorg, Piąty element


Więcej dowiesz się o człowieku po godzinie gry, niż po roku rozmowy - Platon, Zeus: Pan Olimpu


We internecie...
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
Więcej szczegółów
Za tę wypowiedź podziękowali:
Nobanion
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group