Poprzedni temat «» Następny temat
Twórczość Dośka
Autor Wiadomość
Dosiek 


Wiek: 39
Posty: 112
Podziękowania: 7/33
Skąd: Miasto Sypialnia
Wysłany: 2010-05-24, 00:10   Twórczość Dośka

Na samym początku się przyznaję, że nie ja jestem autorem miasteczka Gasend. Miasteczko to pojawiło się w jednej z przygód, przedstawionej w Magii i Mieczu. Na tyle mi przypadło, że wykorzystałem je w tym opowiadanku. Od razu zaznaczam, że opowiadanie moje nie będzie dotyczyło tej przygody. Opowiadanie rozgrywa się w Orchii, czyli świecie Kryształów Czasu.
To co jest poniżej nie jest całością. Całość będzie o wiele dłuższa, a to stanowi jedynie preludium. Ciekawe czy znajdzie się choć jedna osoba, której choć ociupinkę przypadną do gustu moje wypociny.


PRZEZNACZENIE


1. Cień Codzienności



Gasend było to nieduże, leżące na rozstaju dróg miasteczko. Jeszcze 200 lat temu była tu stająca na trakcie strażnica, jednak teraz otoczona wysokim murem osada, liczy sobie parę tysięcy mieszkańców. Swój rozwój Gasend zawdzięczało głownie położeniu – w jego sercu spotykają się drogi z Get-War-Gar`u i Ariagar`u. Nic więc dziwnego, że niewielka strażnica, którą zbudowano z myślą o ochronie traktu, przekształciła się w żyjące dzięki handlowi miasto.
Jeszcze pięć lat temu Gasend rozkwitało, ostatnio jednak jego mieszkańcom nie powodzi się najlepiej. Szlakiem z Get-War-Gar`u do Ariagar`u podąża coraz mniej kupców. Ziemia nie rodzi już tyle zboża, co kiedyś. Wielu rzemieślników wyemigrowało w poszukiwaniu lepszego zarobku i bytu.
Tylko główna ulica Gasend, prowadząca od Bramy Północnej do Południowej była wybrukowana kocimi łbami. Nawierzchnia pozostałych to uklepana ziemia, podczas deszczów zmieniająca się w trudne do pokonania bagno. Za dnia na ulicach widać wiele osób, szczególnie rankami i wieczorami, kiedy wszyscy kierują się na plac targowy, bądź też na otaczające miasto pola. Pośród tłumu kroczą pilnujący porządku gwardziści. Wszędzie biegają rozbawione, brudne dzieciaki, których bezskutecznie poszukują rodzice.
Budynki w Gasend to przede wszystkim drewniane, kryte strzechą chaty, w których mieszka biedota. Tylko w okolicach domu Silwerstrus`a i wokół placu targowego stoją kamienne domy. Należą one albo do bogatych kupców, albo do właścicieli otaczających miasto pól, na których pracują najbiedniejsi mieszkańcy miasta. Część budowli w Gasend to opuszczone, rozsypujące się chaty, w których kiedyś mieszkała biedota. Kamienne budynki, z których wyprowadzili się rzemieślnicy, szybko zajmowali bogacący się kupcy.
Poza ludźmi i półorkami, których jest naprawdę wiele, można w Gasend spotkać również półolbrzymy i niziołki. Elfów i półelfów jest niewielu, a gnomów nie ma wcale. Większość mieszkańców to biedni rzemieślnicy lub pracujący na polach chłopi. Nie żyją oni jednak na granicy nędzy, jak ma to miejsce w wielu innych miastach. Zawsze mają co włożyć do garnka i za co kupić ubranie.
Jedynie niewielka część populacji miasta to bogaci, lub bogacący się kupcy i właściciele ziemscy. Ci nie mają powodów do narzekań, choć większość z nich wolałaby się przenieść chociażby do Get-War-Gar`u. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że tam byliby jednymi z wielu, i to nie najbogatsi. Tu zaś są elitą.

* * *


W porannym blasku, złotych promieni słonecznych lśniła przepływająca obok Gasend rzeka Inakae. Ulice były pełne i zatłoczone. Na placu targowym natomiast panował już głośny hałas, zagłuszający dudnienie wydobywające się z kuźni Stahn`a.
Kuźnia pogrążona była w półmroku. Rozświetlało ją palenisko ze stojącego w rogu stanowiska kowalskiego. Cyklicznie, rozświetlały kuźnie również iskry pojawiające się wokół kowadła. Młot uderzył po raz kolejny w jaśniejący metal. Iskry trysnęły z kowadła złotymi łukami i zginęły w ciemnościach kamiennego pomieszczenia
Po twarzy młodego kowala rozlał się pełen zadowolenia uśmiech, gdy twardość żelaza ustąpiła trochę pod siłą jego uderzeń. Nigdy przedtem nie czuł takiej siły w metalu. Próbował go do granic jego sprężystości i czuł drżenie podczas każdego uderzenia młotem.
- Stahn będzie zadowolony.
Arox zatrzymał się na chwilę i rozważył rezultat tej myśli, uśmiechając się, gdy przypomniał sobie pierwsze dni w kuźni Stahn`a. Jego ojciec był znajomym właściela kuźni. To on go tu przyprowadził pierwszego dnia, aby zdobył nieco krzepy.
To była siódma jesień w kuźni Stahn`a. Miał tak napięty harmonogram dnia, że kilkugodzinny sen był jedynym czasem, jakim mógł poświecić tylko i wyłącznie dla siebie. Jakże pożądał wolności oraz otwartej przestrzeni. Pragnął poczuć ukąszenia chłodnego wiatru i widoku kryształowych gwiazd. Jego umysł wypełnił sie mistycznymi wizjami nieznanych horyzontów.
Jednak pomimo niewygód, Arox musiał przyznać, że dzięki wszystkim zajęciom miał niewiele czasu aby poświecić się, tym młodzieńczym marzeniom. Z samym brzaskiem słońca rozpoczynał prace w kuźni, co trwało około pięciu godzin. Następnie jego mistrz kowalstwa nauczał go walki mieczem.
Od wczesnych dni ich wzajemnych relacji, Stahn`a był dla Arox`a zagadką. Do dzisiejszego dnia nie do końca wiedział dlaczego wybrał akurat go na swego ucznia. Choć zdawał sobie sprawę, że jakiś wkład w możliwość tych nauk miał ojciec i mentor Aroxa, Tan Mountrin Winsdomoon.
Arox, jak każdy młody osobnik był niecierpliwy. Kiedy zaczynał cos robić i trwało to zbyt długo wpadał w ogromną wściekłość. Ileż razy pokłócił się ze Stahn`em, ileż razy obraził go swym „niewyparzonym” językiem. Jednak to było dawno temu.
Wściekłość Arox`a stopniała w ciągu długich miesięcy. Nauczył się wielkiej cierpliwości, przyjmując każde polecenie Stahn`na bez sprzeciwu. Stahn najpierw kazał mu dąć miechem, a później przekuwać w doskonałą broń i narzędzia. W końcu otrzymał swoje palenisko i kowadło, żeby mógł pracować w samotności i bez nadzoru. Często przerabiał cały przedmiot, aby poprawić niewielki szczegół. Arox był wdzięczny za tą zmianę, nauczając się również sztuki wymagającej ogromnej cierpliwości, sztukę grawerowania.
Praca przynosiła też i inne, wręcz namacalne zyski. Kucie metalu spowodowało, że mięśnie młodzika stwardniały, zmieniając jego sylwetkę z dziecinnej w zahartowaną i pełną wielkiej siły.
„Każdy mistrz kowalstwa musi umieć posługiwać się bronią, aby wiedzieć czy stworzył dobre ostrze. Tak samo jak każdy rzemieślnik wyrabiający instrumenty musi umieć na nich grać, aby wiedzieć czy odpowiednie dźwięki się z nich wydobywają” – zabrzmiały słowa Stahn`a w jego głowie, tak jak cztery lata temu gdy po raz pierwszy je usłyszał. Wtedy się wiele zmieniło. Jeżeli naukę kowalstwa uważał za ciężką, to nauka szermierki mieczem była wręcz mordercza. Za każdy, nawet najmniejszy szczegół który źle wykonał, salwa potężnych ciosów lądowała na ciele Aroxa. Praca w kuźni nauczyła go zawziętości, wiec i w tym przypadku się nie poddał. Nauczył się fechtunku, wraz z dziwnymi akrobacjami jakich Stahn wymagał. Fikołki w powietrzu w każdą stronę, używanie ścian czy stołów jako trampolin, czy zadawanie dodatkowych ciosów częściami ciała. „Pamiętaj Arox, to nie miecz czy topór jest niebezpieczną bronią, ale twoje ciało i umysł” – nieustannie mu powtarzał.
Arox tak zatracił się we wspomnieniach, że nawet nie zauważył, jak daleko posunęła się jego praca. Podniósł ukształtowane ostrze miecza i spojrzał w swoje odbicie na nim.
- Stahn powinien być zadowolony. – pomyślał.
Kilka dni temu obiecał swemu nauczycielowi wykucie tego miecza. Piękny oręż będzie doskonałym urodzinowym prezentem dla burmistrza Gassend, Silwestrus`a Fasterhan. I tak, tuż przed południem broń była gotowa.
Cienkie, długie ostrze połyskiwało czerwonym blaskiem z paleniska. Po obu stronach wygrawerowane miało atakującego lwa, herb miasta Gassend. Rękojeść długości jednej dłoni przewiązane było zielonym sznurkiem. Symbolizowało to naturę, a był to gest złożony założycielowi miasta, wyznawcy Arianny. Miecz w swej prostocie i delikatności był piękny.
- Zobaczmy jaki miecz stworzyłem – pomyślał Arox rozpoczynając „walkę z cieniem”, swój taniec śmierci sprawdzający wykute ostrze.

* * *




- Znowu spóźniony! – myślał nieustannie Arox biegnąc przez Gasend
Choć miasteczko było niezbyt duże, musiał pokonać ponad polowe jego średnicy aby dotrzeć z domu Stahn`a do Tan Joanix del Visione.. Której to dom znajdował się w pobliżu Bramy Południowej miasta.
Było już popołudnie jednak słońce wciąż mocno świeciło. Pogoda nawet jak na pierwszą połowę jesieni była wspaniała.
Włosy Aroxa, nie rude tylko ognisto czerwone, mocno falowały na wietrze. Wydawały się być żywymi płomieniami wysokiego i agresywnego ogniska. Pędził jak oszalały, a dystans który musiał pokonać wydawał się nieustannie wydłużać.
Plac Targowy był miejsce dumy całego miasteczka. To tutaj można było kupić wszystko, nie koniecznie z legalnego źródła. Towary którymi tutaj handlowano były unikalne i pochodziły z całego Archipelagu Centralnego. Plac Targowy znajdował się w samym środku okrągłego miasteczka, którego przecinała centralna droga Gasend, prowadząca z Bramy Południowej do Bramy północnej. W horyzontalnym widoku, droga centralna była niewielkim elementem traktu prowadzącego z Get-War-Gar`u do Ariagar`u. Choć rankami i wieczorami plac ten był przepełniony, teraz wydawał się być zupełnie pusty. Dzięki czemu, mijając wozy, karawany i stoiska, Arox przemknął miedzy nimi bardzo szybko.
- A gdzież tak się spieszysz Ognistowłosy? – dobiegł melodyjny i kobiecy głos z za jego pleców.
Arox zatrzymał się o obrócił głowę. Rozpoznał ten głos, wszędzie by go poznał.
Z za rogu budynku wyłoniła się ludzka kobieta. Jej długie, luźno rozpuszczone, rude loki lśniły w promieniach słońca. Zielona suknia, którą miala założoną, pokazywała więcej niż zasłaniała – dekolt sięgał poniżej pępka ukazując jej jędrne piersi, a rozcięcie sięgało połowy uda ukazując zgrabne nogi. Całość jej ubioru dopełniała misternie wykonana, gustowna biżuteria. Najważniejszy element tej biżuterii, świadczący o tym kim była wisiał pomiędzy jej piersiami – Złoty Kwiat, symbol jej wiary – bogini Arianny.
Stała opierając się o ścianę, spoglądając przy tym na Aroxa swymi dużymi, zielonymi oczami.
- Ja.... eee... noo.... – Arox próbował cos powiedzieć, w końcu wykrztusił – Witaj Jasmed.
- Witaj. Wciąż nie odpowiedziałeś gdzie tak pędzisz, jakby się gdzieś paliło.
Nawet na chwile nie podniosły się w uśmiechu czerwone usta kapłanki, na zakłopotanie Aroxa. Choć traktowała go z dystansem, jak i wszystkich. Jasmed należała do tego niewielkiego grona osób, które z nim rozmawiały.
Arox zawsze był zakłopotany w jej towarzystwie. Wystarczy ze się pojawiła a już nie potrafił powiedzieć nawet jednego, pełnego zdania. Nie wiedział czy to wina jej dumy, wypowiedzi, prowokujących strojów, a może czegoś innego. Jednak tak było zawsze.
- Ja – wziął głęboki oddech – biegnę na nauki do Tan Joanix del Visione. Już jestem spóźniony.
- Spóźniony? HA. Jak zwykle! Naucz się odpowiedzialności młodzieńcze. Jednak skoro spóźniony nie będę zabierać ci czasu – po tych słowach Jasmed odwróciła się i odeszła.
- Nie o to mi chodziło – udało się powiedzieć Arox`owi, choć jedynie cicho pod nosem.
Przez chwile jeszcze stał, czerwieniąc się, wpatrując się przy tym jak odchodzi kapłanka. Nie potrafił oderwać oczu, od jej pełnych gracji ruchów. Gdy znikła za domem Silwerstrus`a przypomniał sobie o naukach i rzucił się biegiem przed siebie.
- Młodzik? Jestem starszy o dwa lata – błądziła myśl po jego głowie.
W końcu dotarł do niewielkiej, drewnianej, chatki stojącej nieopodal Południowej Bramy. Niewielki budynek z pokrytym dachem strzechą, był zadbany. Jakaś egzotyczna winorośl porastała jego południową i zachodnia ściana. .
Arox stanął przed drzwiami, przeczesał dłonią czerwone włosy i poprawił swą biała, jedwabną koszule. W kilka chwil poprawił cały nieład powstały podczas morderczego biegu przez połowę miasta. Zapukał.
- Przepraszam za spóźnienie Tan Joanix – powiedział przyjmując pozycje pełną skruchy gdy drzwi się otworzyły.
- Jeszcze trochę i może się do tego przyzwyczaję – odpowiedziała stojąca wewnątrz kobieta zapraszając do środka.
Tan Joanix del Visione była dojrzałą kobieta, o krótkich, lekko kręconych włosach i wesołym spojrzeniu szarych oczu. Jak zwykle założoną miała długą, białą, jedwabną suknie, której długie rękawy jak i niewielka stójka przy szyi zakończone były haftami ze srebrnej nici. Jedyną biżuterią jaką nosiła, był łańcuch z wielkim wisiorkiem smoka, znajdującego się na jej piersiach, mocno otulonych białą suknią. Całość wykonana była z platyny i oznaczała wiarę w boga magii Dagonina Białego.
Jej domek był niewielki, lecz to było wszystko czego potrzebowała. Był to jednopiętrowy budynek, zbudowany z drewna i kamienia. Większy pokój przeznaczony był na wizyty gości, choć poza Arox`em mało kiedy ktoś ją odwiedzał. Mniejszy pokoik przeznaczony był do spania, poza łóżkiem i niewielka szafeczką nic więcej się w nim nie znajdowało.
Jak zwykle na początku odwiedzin, Joanix zaczęła parzyć herbatę, a Arox usiadł na niewygodnej ławie przy niewielkim stoliku. Wodził za nią wzrokiem, nieustannie się uśmiechając.
Gdy herbata była już zaparzona i Joanix usiadł tuż obok na ławie rozpoczęła się nauka. Praca w kuźni była fizyczną męczarnią, natomiast chwile z del Visione wykańczały psychicznie. Dzięki tym spotkania nauczył się pisać i czytać, zarówno w mowie wspólnej, jak i elfiej i krasnoludzkiej. Obecnie poznawał język Reptilionów. To tutaj poznał historie świata, przynajmniej jej część. Poznał również rozmieszczenie poszczególnych wysp Archipelagu Centralnego. Przez pewien okres Joanix próbowała go nauczyć magii. Jednak szybko się okazało że nie ma do tego smykałki. Była to długa i męcząca nauka, jednak oddawał się jej z przyjemnością.
Przychodził na te spotkania od piątego roku życia. Od samego początku polubił Joanix del Visione. Nawet gdy miał zły humor gdy spojrzał jej uśmiech od razu się rozpogadzał. Trzy lata temu, podczas jego osiemnastych urodzin, spletli swoje małe palce dłoni i przyrzekli sobie przyjaźń.
Czasem się zastanawiał dlaczego on jest jedynym jej uczniem. Kilkakrotnie nawet się zapytał o to. Za każdym razem otrzymał tą samą odpowiedź „Spłacam tym dług wobec twojego ojca”. Choć nigdy nie dopowiedziała w jaki sposób ten dług zaciągnęła.
Bycie w towarzystwie prawdziwej przyjaciółki zawsze dodawało mu otuchy. Jednak czas spędzony wspólnie był dla niego bardzo ciężki, zawsze szybko mijał. Wydawało mu się że minęła chwila a znów usłyszał:
- Do zobaczenia jutro – stojąc w drzwiach żegnała go Joanix.
Gdy drzwi się zatrzasnęły Arox stał sam w półciemnej uliczce. O tej porze Gassend zawsze wydawało się opuszczone. Większość osób znajdowała się w pobliskiej gospodzie „Pod Szarżującym Dzikiem”.
W Gassend znajdowały się dwie gospody, „Pod Szarżującym Dzikiem” była dla wszystkich, a znajdująca się przy Bramie Północnej, gospoda „Przy Bramie” poprzez swoje wysoki ceny, przeznaczona była dla elity.
Stojąc tak w pobliżu gospody Arox poczuł woń pieczeni z dzika – specjalności „Pod Szarżującym Dzikiem, potrawy przyrządzanej przez żonę gospodarza Petronelle. Głośne burknięcie jego brzucha, skłoniło go do odwiedzenia gospody.
Główny pokój gospody był ogromny, w którym, jakby w nieładzie rozstawiona kilkanaście stołów. W obecnej chwili wszystkie były zajęte. Po prawej i lewej stronie znajdowały się duże kominki, które zarówno rozświetlały, jak i ogrzewały całe to pomieszczenie. Naprzeciw drzwi znajdował się długi szynk, za którym stał łysawy i otyły mężczyzna, wesoło uśmiechający się do całego otoczenia. Pomiędzy gośćmi biegały dwie barmanki. Jedna około trzydziestoletnia kobieta, o długich rozpuszczonych włosach; druga natomiast była młodsza, a krótkich czarnych.
- Witaj Ognistowłosy – powiedziała blond włosa barmanka drażniąc dłonią fryzurę Aroxa.
- Witaj Eurydyko
- Mój ojciec zastanawiał się kiedy w końcu dzisiaj zajrzysz do nas.
Eurydyka, jak i reszta rodziny, pomagała ojcu prowadzić gospodę. Nie słynęła z nad wyraz wielkiej urody, jednak była równie pogodna i radosna jak właściciel gospody.
Choć Arox, nigdy nie zamienił więcej słów niż przywitanie, polubił ją od pierwszego spotkania za ten wesoły błysk jej błękitnych oczu.
- Oczekiwałem na ciebie – usłyszał Arox nieco piskliwy głosik otyłego mężczyzny.
- Witaj Gospodarzu – odpowiedział z uśmiechem
Właściciel gospody przez wszystkich stałych mieszkańców Gassend nazywany był Gospodarzem. Tak to wszystkim weszło w krew, ze niewiele było osób, poza rodzina, którzy znali jego prawdziwe imię.
Gospodarz zniknął za drzwiami kuchennymi. Arox zaglądał tutaj każdego wieczoru zamawiając zawsze to samo. Porcja specjalności – pieczeni z dzika przy której wypijał dwa piwa.
Arox rozejrzał się po gospodzie. Większość osób była dla niego nieznana. Do widoku prawie całkowicie pijanego młynarza Asmabel`a był przyzwyczajony. Niegdyś młyn pracował każdego dnia do późnej nocy. Jednak ostatnimi laty zbiory nie należały do udanych, a kupcy nie przywieźli ziarna. Teraz młynarz pracuje jedynie trzy razy w tygodniu, reszta czasu spędzając przy kuflu piwa i wspominając dawne czasy.
Przenosząc wzrok dalej Arox zdziwił się znacznie. Przy jednym ze stolików siedział oficjalny mag Gasend Krajah. Ubrany jak zwykle w długie szaty, z wyszytymi srebrna i złota nicią gwiazdami. Wzrok jego czujnych, błękitnych oczu co chwile spoczywał na drzwiach, jakoby kogoś się spodziewał. Zaskoczyło to Arox`a, gdyż mag bardzo rzadko wychodził z domu, a jeśli już, to odwiedzał gospodę „Przy Bramie”, gdzie spotykał się ze swoim przyjacielem burmistrzem Tan Silwestrus`em.
Jeden widok wcale się ucieszył Arox`a. Ośmioosobowa grupa półorczych strażników, służących w miejskim garnizonie. Półorki były rasą bardzo podobną do ludzi. Różnił ich silnie zadarty do góry nos, oraz lekko skośne oczy. Przez swoją wiecznie przygarbioną postawę połorki wydawały się być również niższe. Najgorszy z nich, w oczach Arox`a, był dowódca tej grupy El Krion Sarionbel. Zawsze gdy się spotykali musiał go upokorzyć.
- Twoja porcja – słowa Gospodarza przerwały jego rozmyślenia.
- Dziękuje.
Pozostawiając swoje problemy gdzieś daleko i z wielkim apetytem Arox przystąpił do jedzenia. Pieczeń z dzika przyrządzona przez Petronelle jak zwykle była pyszna. Choć gorąca, Arox wielkie kawały mięsa wkładał w usta popijając je piwem. Przez te szybkie jedzenie, zawsze opuszczał gospodę z lekko oparzonymi palcami.
- Powiedz mi Arox – Gospodarz przerwał cisze – znalazła cię ta grupa osób, która wypytywała o ciebie?
- Ktoś mnie szukał? – zdziwił się Arox.
Jedynie kilka osób w Gasend było na tyle zainteresowanych Arox`em aby go szukać. Były to osoby które zajmowały się jego nauczaniem no i oczywiście półorczy dowódca. Po raz pierwszy jednak się zdarzyło aby, jakieś osoby przyjezdne wypytywały o niego.
- Wybacz Gospodarzu ale nikt z odwiedzających Gasend mnie nigdy nie szukał – powiedział połykając kawał mięsa – Dlaczego tym razem miałoby chodzić o mnie?
- Hmmm – zastanawiał się Gospodarz – Chyba masz racje, skoro dotąd cię nie znaleźli. Pytali po prostu o młodzieńca w twoim wieku z czerwonymi włosami. Jest to charakterystyczny i bardzo dziwny kolor wiec myślałem że chodziło o ciebie.
- No tak. Może i rzadki kolor ale podejrzewam że nie jestem jedynym mający takie włosy.
- Pewnie nie.
- A swoją drogą Gospodarzu to kto to był – zapytał zaciekawiony Arox biorąc kolejny łyk piwa.
- Widzę młodzieńcze że zaciekawił cię pomysł aby ktoś nieznany mógł cię szukać Była to dziwna trójka. Czarnowłosa kobieta bogato ubrana. Wyglądała na jakąś bogatą szlachciankę. Wiekowa gnomka, w swych długich, żółtych szatach wyglądająca na czarodziejkę, no może kupca. Oraz siwy, choć potężnie zbudowany krasnolud, któremu na szyi wisiał symbol Asteriusza Wielkiego.
- Nie widzę powodu czego mogliby ode mnie chcieć, więc na pewno szukali kogoś innego.
„Czyżby?”
Dopijając drugi kufel piwa, Arox podziękował Gospodarzowi i opuścił gospodę.

CDN
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group