Poprzedni temat «» Następny temat
I wszystko będzie---
Autor Wiadomość
Li 
Przyjaciel Klanu
Lisior


Wiek: 30
Posty: 422
Podziękowania: 37/11
Skąd: Kraków
Wysłany: 2009-05-15, 21:48   I wszystko będzie---

Cytat:
Dźwięk budzika wwierca się w głowę, jest jak rozpalony pręt sięgający od jednego ucha do drugiego. Otwieram zaspane, sklejone snem oczy, mija kilkanaście długich sekund zanim mózg orientuje się, że nastąpiło przebudzenie i obrazy, które dostrzegam, przestają być obrócone o 180 stopni.
I jeszcze jedno.
To nie budzik. To telefon, rzucony poprzedniego wieczora byle jak koło łóżka, teraz ściga mnie swoim upiornym brzęczeniem. Wyciągam rękę na oślep, naciskam przycisk i przykładam słuchawkę do ucha. Nawet nie patrzę na wyświetlony numer, za tę usługę cały czas płacę telekomunikacji okrągłą sumkę co miesiąc, a i tak do niczego się to nie przydaje, bo albo nie rozpoznaję tego "zidentyfikowanego numeru", albo i tak wiem, kto dzwoni.
Teraz na przykład, wiem.
Staram się powiedzieć „halo”, ale słowa nie chcą mi przejść przez wciąż ściśnięte snem gardło. Ale nawet nie muszę się wysilać, głos po drugiej stronie od razu zaczyna mówić, nie zwracając uwagi na mój poranny brak przytomności. Wreszcie, zaniepokojony, cichnie, akurat w momencie, gdy dochodzę do siebie na tyle, żeby powiedzieć „cześć”.
Nawet jakbym nagle straciła orientację w dniach tygodnia, wystarczyłoby poczekać, aż któregoś poranka wyrwie mnie ze snu dzwonek telefonu. To będzie znaczyło, iż jest sobota, że jest siódma rano, bo ona zawsze dzwoni właśnie wtedy, i znowu próbuje mnie przekonać.
„Cześć, mamo.”
A ja i tak znowu jej powiem, że nie mam czasu, że mam dużo zajęć, że jestem umówiona, że pękła mi rura w łazience i woda zalewa mieszkanie sąsiadów, że jestem chora, że mnie boli głowa, że muszę odespać ciężki tydzień, albo jakiekolwiek inne kłamstwo, jakie akurat przyjdzie mi do głowy, pilnując oczywiście, by dwa razy pod rząd nie usprawiedliwić się w ten sam sposób.
Ona zaś znowu powie, że mam pecha. No tak, mam niesamowitego pecha, nie powiem. Objawia się on tym, że w żaden weekend nie mogę się porządnie wyspać, bo o siódmej rano budzi mnie telefon, ciągle od nowa, choć z góry wiadomo, że wynik krótkiej rozmowy będzie taki sam jak zwykle. Wymiana grzeczności, standardowe pytania jak się czujecie, chociaż po co je zadaję, przecież w ogóle mnie to nie interesuje, zostawcie mnie w spokoju, mam własne życie i nie po to uciekałam, żebyście mnie ciągle prześladowali.
Ale nie mówię tego. Po co? Przecież i tak nie zrozumie.
Ograniczam się tylko do zdawkowego „Wiesz, że nie mogę się do was wybrać” – i natychmiast dorzucam następne kłamstwo, szalenie ważny powód, dla którego nie mogę spakować kilku rzeczy, wsiąść do pociągu czy autobusu, przyjechać i spędzić z rodziną dwóch dni. Nauczyłam się kłamać przez te kilka ostatnich lat. Wcale nie jestem z tego dumna, ale to naprawdę ułatwia życie. Tudzież utrudnia życie rodzinne, co jest mi właśnie bardzo na rękę. Jeszcze nie dojrzałam do przejmowania się faktem, że nie chodzę do kościoła i do spowiedzi – choć przecież nie uważam się za osobę niewierzącą – więc wedle wpajanych od wczesnego dzieciństwa nauk chrześcijańskich sprowadzam na siebie zgubę i potępienie. Czy jakoś tak to było. Nie pamiętam dokładnie. Może się zapytam matki, skoro już i tak z nią rozmawiam, albo lepiej nie, pomysł ląduje w koszu oznaczonym jako „idiotyczne pomysły”, ona sądzi, że jestem bardzo wierzącą, praktykującą katoliczką, nie chcę jej odbierać złudzeń... A tak naprawdę to nie chcę, by moja wątpliwa wiara stała się kolejnym przedmiotem „sobotnich rozmów obowiązkowych”.
Ona zaś mówi, mówi cały czas, ale to do mnie prawie nie dociera. Odrzucam kołdrę, na ciele pojawia się gęsia skórka, zęby kilka razy uderzają o siebie, ale po chwili wszystko się uspokaja, przyzwyczaja do chłodu, zwieszam nogi z łóżka, po omacku szukam klapek, jednym uchem słucham o kolejnych sukcesach Tej Młodszej, Tej Ambitniejszej, Tej Wymarzonej i wreszcie Tej Wyczekanej, drugim zaś wypuszczam zasłyszane rewelacje. Po co mi to. Jak jej się chce, to niech się angażuje w jakieś tam konkursy czy inne olimpiady, nic mnie to nie obchodzi.
Szurając bosymi stopami po podłodze – bo oczywiście znowu nie znalazłam klapek, choć mogłabym przysiąc, że wieczorem zostawiłam je koło łóżka – przenoszę się do kuchni. Przed porannym kubkiem kawy moje funkcjonowanie przypomina raczej działania jakiegoś zombie, muszę się „sztucznie stymulować do życia”, jak to mówi moja współlokatorka, widząc moje kubki pełne kawy tak mocnej, że aż gęstej, smolistej i obrzydliwej. W ciągu dnia i w pełni przytomności nigdy bym nie tknęła tego świństwa, ale poranki, a już zwłaszcza sobotnie poranki, rządzą się swoimi prawami.
„Tak, mamo. Słucham cię, mamo.”
„Nie, mamo. Przepraszam, mamo.”
„Tak, wiem. Ja tez was kocham. Ale muszę teraz kończyć.”
„Wiem. Może następnym razem. Postaram się. Obiecuję.”
„Pa. Do usłyszenia.”
Obiecuję... Akurat. Czy mówiłam już, że jestem dobrym kłamcą?

Kiedy piętnaście minut później moja współlokatorka, Ewa, wchodzi do kuchni, kawa bulgocze w rondelku, od dawna gotowa, od dawna domagająca się zestawienia z ognia, a ja siedzę przy stole i łzy ciekną mi z oczu. Mówi coś, ale nie słyszę tego, wszystko rozmywa się w wysokim, natrętnym pisku, jaki nagle wypełnił moją głowę niewyobrażalnym jazgotem. Przyciskam dłonie do uszu, chcę krzyczeć, ale gardło jest jakieś dziwnie ściśnięte, a może po prostu sił zabrakło, żeby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
A potem, w nagłej eksplozji oślepiającego bólu, świat na moment znika.
Kiedy odzyskuję przytomność, leżę na zimnej podłodze kuchni, Ewa kuca przy mnie, naprawdę przestraszona, przy uchu trzyma słuchawkę, mówi coś szybko, nerwowo, ale milknie gdy widzi, że otworzyłam oczy. Błyskawicznie dziękuje swojemu rozmówcy i odkłada telefon na stół, na oślep, przez chwilę sprzęt balansuje na krawędzi mebla, ale nie spada, co trochę mnie rozczarowuje, choć sama nie wiem, dlaczego.
– Proszę – Ewa jest przestraszona, ale jest też zła, widzę to w jej oczach, w wykrzywionych ustach. – Znowu. A poprzednim razem obiecałaś, że pójdziesz od lekarza.
Mamroczę coś pod nosem, chcę się usprawiedliwić, ale równocześnie wcale nie mam na to ochoty, zresztą na stanie w kolejkach hipochondrycznych staruszek też ochoty nie mam, nie, wysłuchiwanie o tym, co której dolega i dlaczego, jest nie na moje siły.
– No weź się w garść! – Ewa prawie krzyczy, ręka jej zadrgała, chyba miała ochotę mną potrząsnąć albo szarpnąć za ramię, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Podpieram się powoli, siadam, w głowie jeszcze trochę huczy, ale już jest lepiej, spokojniej.
– Już... Już – szepczę. – Pójdę.
Pomaga mi wstać, wciska do ręki kubek nieco wystygłej, gęstej kawy. Opieram się o framugę, patrzę jak się krząta, maczam usta w smolistej cieczy i milczę. Kolejne minuty poranka upływają w takiej właśnie niewygodnej ciszy, dopiero gdy Ewa wypada do pracy, zatrzymuje się nagle w progu, uśmiecha krzywo i przypomina, że obiecałam. W jej głosie pod maską wesołości kryje się napomnienie i ostrożność. Kiwam głową, wracam nagle myślami do rozmowy z matką, jej też obiecywałam, choć nie zamierzam niczego dotrzymywać, czyżbym Ewę też zamierzała oszukać? Chyba tak, kolejne kłamstwo na moim koncie, kolejne przewinienie, kolejny mały, nic nie warty triumf, bezsensowne zadowolenie, że nie pozwoliłam, by ktoś ingerował w moje życie.
W ciszy pustego mieszkania siadam w bujanym fotelu, przymykam oczy, pozwalam płynąć myślom, są w strzępach, przypływają i odpływają, szybsze niż mgnienie oka.
W przód...
Szok, kiedy okazało się, że moja matka ponownie jest w ciąży. Miałam czternaście lat, w naszym domu nikt nie wchodził sobie w drogę, nie przejmował się sprawami innych bardziej niż to było konieczne, atmosfera zawsze kojarzyła mi się ze sterylnym laboratorium. Nie wierzyłam, że w takich warunkach jest jeszcze miejsce na jakiekolwiek uczucia... o ile to były uczucia, a nie czysto mechaniczne czynności, odruch.
Krzywię się mimowolnie.
I w tył...
Radość, gdy dostałam się na studia w mieście na drugim końcu kraju. Największe marzenie - samodzielne życie - spełnione. Może nie tak różowe, nie tak wspaniałe, nie tak proste jak sobie wyobrażałam, ale jednak.
W przód...
Wszystkie kłopoty, problemy, płacze. Chwile zwątpienia.
W tył...
Nagłe postanowienie, że nie będę jeździć do domu. Po co?
I w przód...
Ktoś, na kim mi bardzo zależy. Uśmiecha się.
I ja się uśmiecham delikatnie.
W tył...
Twarze ludzi, których znam. Ich słowa, myśli, zapachy, uśmiechy, oczy, grymasy.
I w przód...
Otwieram oczy.
Znowu boli mnie głowa.

Poczekalnia u lekarza to najgorsze miejsce, z jakim kiedykolwiek przyszło mi się zetknąć. Nienawidzę zapachu lekarstw i zakurzonych kart pacjentów, wymieszanych z woniami nie pierwszej świeżości ubrań i starczych ciał. I te głosy, niskie i wysokie, piskliwe i chrypliwe, a wszystkie ciągle mówią o tym samym: o niekompetencji lekarzy, o drożyźnie, niewdzięczności i zbyt niskich rentach i emeryturach.
Czuję się sto razy bardziej chora, gdy już się tam znajdę.
Jak teraz.
Może jestem nietolerancyjna, przecież starszych ludzi trzeba traktować z szacunkiem i pobłażaniem, a ja nie znoszę ich widoku, porytych zmarszczkami twarzy i wodnistych oczu, dłoni pokrytych wątrobowymi plamami, i zapachu, zapachu przede wszystkim, nieokreślonego, mdłego, nie dającego się niczym zamaskować, przebija nawet przez hektolitry taniej wody toaletowej, jaką namiętnie spryskują się staruszki, jakby to mogło przywrócić im choć ułamek dawnej urody.
Przygnębia mnie to.
A rzucane ukradkiem ku mnie spojrzenia irytują. Niemal słyszę ich myśli: nie chce jej się pracować, uczyć, sprzątać, domem zajmować, to się chorobą wymawia, symulantka, taka młoda a taka nieodpowiedzialna, co za żona z niej będzie, jakby taka mi się trafiła to bym kijem popędził, ach ci dzisiejsi młodzi, co za pożytek z nich, tylko wydatki, tylko kłopoty, a pomocy żadnej...
Zaczynam się denerwować. Wpatruję się w tarczę zegara, wskazówki mi się rozmywają, dziwne, nigdy nie miałam kłopotów ze wzrokiem, może jestem zmęczona, może to wina ćmiącego bólu tkwiącego za oczami jak ostra szpila.
Wcale nie miałam zamiaru ruszać się z domu, ale gdy po zażyciu połowy garści proszków przeciwbólowych poprawa nie nastąpiła, uznałam, że i tak nie mam nic lepszego do roboty. I siedzę tutaj, w poczekalni, i czekam na swoją kolejkę, aż lekarka wypranym z emocji głosem wywoła moje nazwisko, a potem bez cienia zainteresowania wysłucha, co mi dolega, pokiwa mądrze głową i przepisze lek nawet nie najsilniejszy, jaki zna, ale taki o najbardziej skomplikowanej, najdłuższej nazwie, oczywiście kompletnie nieprzydatny, no chyba że akurat miałabym fantazję kogoś otruć, bo na ulotce obowiązkowo napisane będzie „nie przekraczać zalecanej dziennej dawki” i od pauz wymienione efekty przedawkowania, nieprzyjemne, groźne, odstraszające.
Jestem coraz bardziej sfrustrowana.
I mam ciężką głowę, jakbym piła całą noc i nie mogła sobie poradzić z efektami kaca. Zmęczona – to jedno słowo przychodzi mi na myśl, ale przecież sypiam ile trzeba, a może coś naprawdę mi dolega?
Czuję ucisk w żołądku, w gardle wciąż jeszcze posmak porannej kawy, jakby zatrzymała się gdzieś w połowie przełyku, gęsta i kleista, i nie chciała spłynąć do żołądka. Może trzeba było coś zjeść, ale nie, wcale nie czuję się głodna, tylko senna i ociężała, dwoi mi się w oczach, teraz nagle sobie przypominam, że przecież czuję to od dawna, myślałam po prostu, że za dużo pracuję, że to dym, głośna muzyka i kakofonia ludzkich głosów wypełniające pub, w którym dostałam robotę po znajomości, źle na mnie wpływają. Ale od dwóch tygodni mam przerwę, miałam ją wykorzystać na wyjazd do rodziny, efekty zmęczenia dawno już powinny minąć...
Coś śliskiego i zimnego chwyta mnie za gardło, na moment krótszy niż mgnienie oka, ale jednak wystarczająco długi, bym to wyraźnie wyczuła. Zanim jednak pozwalam się temu uczuciu rozlać się po całym ciele, drzwi naprzeciwko mnie otwierają się i pada moje nazwisko.

Lekarka jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałam, wcale nie gruba, a jednak w dziwaczny sposób niezgrabna, ma dłonie o długich palcach, z paznokciami pomalowanymi na jaskrawą czerwień, kiedy je widzę, zaczynam rozumieć jak się czuje byk, któremu torreador macha przed nosem płachtą w tym kolorze, kolorze, do którego wcale nie pałam niechęcią, ale który teraz wydaje mi się obrzydliwy. Lekarka ma głos matrony upominającej niegrzeczne dziecko, mogę się założyć, że w żaden inny sposób ze staruszkami rozmawiać się nie da, śmieszy mnie to trochę, ale i irytuje. Ale jednak wysłuchała dokładnie, co mi dolega, zadała jakieś dodatkowe pytania, nazwała je pomocniczymi, i teraz nachyla się nad moją kartą pacjenta i wypisuje coś dużym, pochyłym pismem. Czekam w milczeniu, śledzę wzrokiem treści plakatów rozwieszonych na ścianach, nawołują do dbania o serce i stan kości, rzucenie palenia i zdrowy tryb życia, reszty nie widzę, nie chcę się wiercić na krześle, żeby kobieta nie zaczęła mi się znowu przyglądać znad tych swoich wielkich okularów, ciarki mnie wtedy przechodzą.
Kończy nareszcie, odkłada długopis, nie żaden Parker tylko zwykłe kioskowe barachło, warte dużo mniej niż pięćdziesiąt groszy, które sobie za niego liczą, ściąga okulary z westchnieniem, i patrzy mi prosto w oczy.
– Oczywiście, to mogą być zwyczajne migreny, takie objawy, jak u pani, też się zdarzają... – Lekarka zawiesza głos, upewnia się, że słucham i rozumiem, ja tylko patrzę tępo, choć tak, słyszę, rozumiem. Wzdycha cicho, jakby z rezygnacją i podejmuje: – Jednak nie zdarzają się one aż tak często jak w pani przypadku. Dlatego na wszelki wypadek dodam skierowanie na dodatkowe badania...
W tym momencie kompletnie się wyłączam. Cudownie. Nienawidzę lekarzy, przychodni, szpitali, pacjentów, lekarstw, a tu takie coś, jak kiepski dowcip, kompletnie nieudany żart, teraz jeszcze będę musiała się chodzić nie wiadomo gdzie, no nie...
– Rozumie mnie pani?
Kiwam z roztargnieniem głową, choć nie mam pojęcia, o co chodzi, znowu skłamałam, niedobrze. Ale lekarka uśmiecha się z zadowoleniem, widocznie cieszy się, że tę wizytę ma już za sobą, zdecydowanie bardziej nadaje się do wydawania poleceń staruszkom i wypisywania recept na najtańsze leki. Zaciskam dłonie, zimne lecz spocone, na zwitku papierów – skierowań i recept, wstaję, dziękuję, wychodzę, w głowie mi się kręci, jakbym wypiła o kilka piw za dużo, szybko kieruję się do wyjścia, byle szybciej uciec od tego okropnego zapachu, kaszlących ludzi i białych lekarskich kitli...
Uspokajam się dopiero za szklanymi drzwiami, oddycham głęboko, mnę kartki i wpycham je do kieszeni płaszcza, choć mam ochotę je wyrzucić stojącego obok śmietnika, powstrzymuje mnie myśl, że to doskonałe alibi, „nie mogę przyjechać, przepraszam, mam badanie”, co z tego, że nie zamierzam na nie iść?
A może pójdę?
Idę powoli skrajem chodnika, obok przesuwają się sylwetki ludzi pędzących w swoich sprawach, nic mnie nie obchodzą, nie zwracam na nich uwagi. Myśl o tym, żeby jednak się wybrać na te nieszczęsne badania powinna już zniknąć z mojej głowy, ale nie, zaczepiła się w niej i jest jak nieznośne brzęczenie komara w środku nocy, albo jak ćmienie chorego zęba – można wytrzymać, ale nie można zapomnieć
I tak nie mam nic lepszego do roboty, chyba tylko tkwić w domu i obrastać w tłuszcz, pochłaniając kolejne opakowania orzeszków ziemnych czy innego tuczącego obrzydlistwa i oglądać bzdurne seriale albo, co gorsza, telenowele. Może by się tak gdzieś wybrać...? Uciec na kilka dni od wszystkiego, naprawdę odpocząć, bez żadnych obowiązków i...
Bzdura. Przecież i tak nie mam żadnych obowiązków.
I nie chce mi się nigdzie ruszać.
Gdzie miałabym pojechać? Do rodziców? Kpina..
Zaciskam dłonie, są zimne, bardzo zimne, choć dzień przecież jest dość ciepły. Nic już nie rozumiem.
Nic mnie nie obchodzi.
Nieprawda. Właśnie bardzo się przejmuję, i choć to bardzo niesprecyzowane, to jednak czuję jak nad moją głową zbierają się czarno-szare chmury, gęste od kłopotów, od beznadziejnej atmosfery, od niepotrzebnych kłótni, gniewu, łez i samotnych wieczorów. Z trudem powstrzymuję się od ukrycia twarzy w dłoniach, i wybuchnięcia płaczem, przyspieszam, niemal biegiem docieram do klatki schodowej, wbiegam na piętro, drżącymi dłońmi otwieram drzwi, choć kilka chwil mi to zajmuje, przez długą chwilę nie mogłam znaleźć kluczy w kieszeniach płaszcza, zaplątanych między drobne monety, ale wreszcie wpadam do ciemnego korytarza. Chcę odetchnąć głęboko, ale nie westchnienie a szloch wydobywa się z mojego gardła, opadam na kolana, podpieram się rękami, z trudem powstrzymuję się od wymiotów, bo nagle cała zawartość żołądka podeszła mi do gardła, zamykam oczy...
Tkwię tak chyba całą wieczność. Gdy ponownie otwieram oczy, ciągle jestem w tej samej pozycji, policzki mam mokre od łez, choć są to łzy bardziej gniewu i frustracji niż jakiegoś tam żalu, a z półotwartych ust cieknie mi gęsta ślina, widzę to wszystko w zajmującym całą ścianę lustrze ustawionym dokładnie naprzeciwko mnie, i znów robi mi się niedobrze, więc staram się podnieść, wziąć w garść, ocieram usta wierzchem dłoni, wreszcie wstaję. Nie zdejmując płaszcza i butów wlokę się do łóżka, padam w rozgrzebaną pościel, z zamiarem zaśnięcia i obudzenia się w momencie, gdy już ktoś upora się za mnie z moimi problemami, ale mimo wszystko nie mogę się zmusić do snu.
Więc tylko leżę, i obserwuję jak światła za oknem się zmieniają i jak wydłużają się cienie, kładące się pasmami na starym dywanie, dywanie z dziurą wypaloną na samym środku za pomocą żelazka.
Jest mi bardzo zimno.

Z letargu wyciąga mnie zgrzyt klucza w zamku, to Ewa wróciła, jest już strasznie późno, za oknem ciemnica, patrzę na podświetlaną tarczę budzika przy łóżku, jest prawie dwudziesta druga, jak to możliwe, że ponad pół dnia przeleciało mi przez palce jak suchy piasek? Podrywam się, szybko zrzucam płaszcz i rozsznurowuję buty, na wszelki wypadek, jakby Ewa zdecydowała się do mnie zajrzeć, bo musiałabym się tłumaczyć, nie zrozumiałaby chyba, zresztą ja sama tego, co się wydarzyło – co się wciąż dzieje – nie rozumiem.
Plik karteczek zabrany od lekarza z szelestem wysuwa się z kieszeni, opada na podłogę, papiery rozlatują się we wszystkich kierunkach, cicho osiadają na dywanie, a ja nagle czuję przypływ wściekłości, wielkiej, niewyobrażalnej wściekłości, mam ochotę wrzeszczeć, wyrzucić ją z siebie raz na zawsze, ale czuję, że to nie takie proste, kulę się, obejmuję ramionami, zmęczona, zziębnięta, chora...
Ewa nie zajrzała. Cicho i szybko przemknęła do kuchni albo łazienki.
Staram się ochłonąć, oddycham spokojnie, powoli, powolutku, wszystko wraca do normy, krew znowu we mnie krąży tak jak trzeba, a nie zbiera się gdzieś w stopach, opieram dłonie na kolanach, unoszę kąciki ust w parodii uśmiechu. Nie chcę się zastanawiać, co się ze mną dzieje. Nie chcę tego wiedzieć. Wstaję ciężko, czuje się jakbym pierwszy raz stawała na nogi po długiej chorobie, ale w takich sytuacjach człowiek się cieszy, że ucieka ze znienawidzonego łóżka, a ja się czuję ociężała i senna, i zła, zła, że muszę wyjść i „się pokazać”, szurając bosymi stopami docieram do drzwi, otwieram je powoli, znowu skrzypią zawiasy, miałam coś z tym zrobić nie wiem jak dawno temu, ale ciągle zapominam, ciągle mówię sobie „dzisiaj, dzisiaj, dzisiaj”, i oczywiście zawsze kończy się tak samo, taka już jestem roztargniona, że nie umiem inaczej.
Stoję tuż poza smugą przytłumionego światła wydostającego się z kuchni, z otworu wejściowego pozbawionego drzwi, patrzę na nie niezdecydowana, i myślę, że tak mógłby się czuć wampir świadom, że za chwilę z własnej woli musi wejść w obszar śmiertelnego dlań światła dnia, zaciskam zimne dłonie w pięści i wreszcie robię krok naprzód, i jeszcze jeden, staję w progu, z przyklejonym do ust nieszczerym uśmiechem, Ewa siedzi przy stole z kubkiem herbaty w zasięgu ręki, czyta jakieś kolorowe czasopismo, w kuchence mikrofalowej podgrzewa się zapakowane w folię aluminiową jedzenie, niedobrze mi się robi, gdy na nie patrzę, więc szybko odwracam wzrok. Ale mam ochotę na herbatę. Z plastrem cytryny, bez cukru. Ewa spogląda na mnie szybko, widzę jak rozszerzają się jej źrenice, cała tężeję, czekając na słowa, które zaraz padną, wiem to...
– Jesteś strasznie blada, coś się dzieje?
Wypuszczam nagromadzone w płucach powietrze, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że je wstrzymywałam, spodziewałam się, że usłyszę coś w stylu „fatalnie wyglądasz”, przepełnione pełną fałszu troską, odprężam się.
– Nic – mówię może odrobinę zbyt szybko, czuję, że dłonie mi się trzęsą odrobinę, chowam je w kieszeniach obszernego swetra i wchodzę, siadam na najbliższym krześle.
Ewa nie spuszcza ze mnie wzroku.
– Jak tak mówisz – stwierdza po chwili, wzruszając ramionami. – Byłaś…?
Kiwam głową, z satysfakcją obserwuję, jak się dziwi, nie spodziewała się, że się przełamię.
– I co? – docieka. – Co ci powiedział?
– Dostałam jakieś świstki. - Teraz to ja wzruszam ramionami. – Wszystko dobrze.
Lekko unosi brwi, ale daje za wygraną, wraca do czytania, a ja podnoszę się, żeby wyjść, zastanawiając się mętnie, gdzie się podziały tamte wieczory, które spędzałyśmy nie tak dawno temu na gadaniu o głupotach, plotkowaniu… Coś się zmieniło… Czy to moja wina, tego, że stałam się taka zgorzkniała i beznadziejna, tego, że tylko zatruwam atmosferę w domu? Dystans między nami zwiększa się z dnia na dzień, choć wcale tego nie chcę. To znaczy chyba nie chcę. To znaczy mam nadzieję, że tego nie chcę. Ale co mam, co miałabym zrobić?
Wycofuję się cicho, wracam do siebie, zapominam, że miałam zrobić herbatę. Zapalam światło, razi mnie w oczy, więc gaszę je czym prędzej, zrzucam sweter, przez chwilę mocuję się z zamkiem od spodni i ciasno ściągniętym paskiem, aż wreszcie w samym podkoszulku i bieliźnie zwijam w kłębek na łóżku, nakrywam kołdrą na głowę, zdecydowana zasnąć, mimo że wcale się senna nie czuję.

Otwieram oczy. Rano. Znowu rano, kolejny dzień do przeżycia, kolejny dzień do zastanawiania się nad wszystkim i nad niczym, czy otwieranie oczu ma w ogóle jakiś sens? Jeśli tak, to ja go na razie nie dostrzegam, mam ochotę leżeć, nie ruszać się, przespać następne beznadziejne godziny, a potem... Potem. Nie wiem. Zrobić coś. Może. Albo i nie.
Jakimś cudem leżę w poprzek łóżka, kark opieram wciąż jeszcze na materacu, ale głowę mam już odchyloną do tyłu, bezwładną. Unoszę powieki i przez dłuższą chwilę mój wzrok protestuje, nie może się przyzwyczaić do odwróconych obrazów, oczy reagują bólem. Krzywię się i zamykam je, jednak ból nie mija jeszcze przez dłuższą chwilę, staram się odetchnąć głęboko, ale powietrze utyka mi w gardle, krztuszę się, przez moment walczę o oddech, spod zaciśniętych mocno powiek spływa kilka łez. Po nieskończenie długich sekundach gardło oczyszcza się, ze świstem wciągam powietrze w płuca, serce bije mi mocno i szybko, naprawdę się przestraszyłam, ale już spokojnie, już po wszystkim, próbuję się uspokoić, już dobrze...
Znowu otwieram oczy, już nie bolą. Jest dobrze.. Nie... Przecież wcale nie jest dobrze, co ja sobie znowu wmawiam?
Ostatnio buduję swoje życie wyłącznie na kłamstwie, na dłuższą metę tak się nie da funkcjonować, w końcu coś się rozsypie, ba – już się rozsypuje. Wzdycham, układam się wygodniej na łóżku, kark mi zdrętwiał od takiego jak dotychczas leżenia. Coś muszę zrobić, a najlepiej zacząć od bycia milszą, bo na razie zachowuję się jak swoja własna, zrzędliwa babcia, a to przecież tak niewiele trzeba, ot, uśmiech, szczery uśmiech na dzień dobry, i słowa jak dawniej, a nie pomruki, cokolwiek byle tylko przepędzić tę gęstą atmosferę, jaka spowiła nasze mieszkanie od czasu, gdy zaczęły się moje kłopoty ze zdrowiem... Kłopoty z głową. Uśmiecham się krzywo, naprawdę czuję się jak taka nie do końca normalna histeryczka, może nie neurologa mi trzeba a psychiatry? Nie, jeszcze przypadkiem by mi coś udowodnił, jakąś skrywaną nienawiść do własnej rodziny, obsesję na punkcie młodszej siostry, matki, cholera wie co jeszcze. A potem policzył za to mnóstwo forsy, zapisał leki za dwa razy tyle i kazał przyjść za miesiąc. A ja w międzyczasie powiesiłabym się na strychu, albo w piwnicy, bo nawet jeśli strych tu jest, to można się na niego dostać tylko od dachu, no chyba że przyszłoby mi do głowy pohuśtać się na rynnach... kilkanaście pięter nad ziemią. Uśmiech rozszerza się, nakrywam się kołdrą po szyję, snuję dalej absurdalne możliwości zmiany własnego życia, i to niekoniecznie na lepsze.
Z półsnu wyrywa mnie pukanie do drzwi, kilka razy szarpię głową, starając się przepędzić resztki bezsensownych wizji.
- Wejdź - mówię, przygryzając usta, żeby nie ziewać, drzwi się otwierają, wchodzi Ewa ze słuchawką przy uchu, zakrywa dłonią mikrofon i głośnym szeptem pyta, czy idę po południu "z nimi" do knajpy i kina. Unoszę brwi w niemym pytaniu, "z nimi" to znaczy z kim konkretnie? Ewa przewraca oczami, zaczyna wymieniać kilku naszych wspólnych znajomych, przerywa na chwilę żeby powiedzieć coś do słuchawki, po czym dorzuca z uśmiechem pod moim adresem, że Marek wrócił z zagranicznego stypendium, wczoraj po południu, że też będzie i że... Ale ja już nie słucham, podrywam się, trochę zła, jak to, wrócił i nic, ani słowa nie powiedział, nie zadzwonił, nie wysłał maila albo chociaż głupiego sms-a? Mnę w palcach skraj kołdry, mrużę oczy na chwilę, i podejmuję błyskawiczną decyzję, zresztą to nawet nie jest decyzja, nie wybór, bo nie ma opcji „nie, nie idę”, dla niego poszłabym wszędzie, choćby i na koniec świata, ale że nie dał mi żadnego znaku, jestem strasznie rozczarowana, chociaż... Patrzę na komputer przywalony stertami wszelakiego śmiecia, notatek, pustych kartek, gazet, odrzucam kołdrę, wyskakuję z łóżka, Ewa patrzy na mnie zdziwiona, dopadam całej maszynerii i na oślep wciskam włącznik, rozlega się znajomy szum i chrobot, uśmiecham się jakoś dziwnie, i tak samo się czuję, jakbym była jakąś maniaczką, opętaną myślą o jednej rzeczy, jednej osobie, teraz zrobiłabym wszystko, i zabiłabym gdyby ktoś stanął mi na drodze.
- Idziesz? - Ewa powtarza pytanie, czuję na plecach, dokładnie między łopatkami, jej palące spojrzenie, kiwam głową, kilka razy, energicznie, żeby nie było żadnych wątpliwości, równocześnie otwieram konto pocztowe, i na chwilę zapiera mi dech, gdy pojawia się biała tablica i czarny napis na niej, ilość nieodczytanych wiadomości, jest ich dziewiętnaście, z czego trzynaście od tego samego nadawcy, od niego, zakrywam usta dłonią, ale jestem głupia, głupia, głupia! Otwieram najnowszą, sprzed tygodnia, tylko jedno zdanie, pytanie, troska, niepokój, „co się z Tobą dzieje, odpisz, martwię się”, a ja się zachowałam jak skończona kretynka... Odwracam się nagle, z trudem powstrzymuję się, żeby nie przyskoczyć do Ewy – teraz stoi do mnie plecami – i wyrwać jej telefon z ręki, rozłączyć się z tym kimś, z kim rozmawia, i wybrać numer, jego numer, usłyszeć ten głos, przeprosić, wyjaśnić, chcę ją uprzejmie poprosić, żeby już kończyła, że ja muszę, ale jak to zrobić skoro mam ochotę wrzeszczeć? Dygoczę, zaciskam dłoń na poręczy krzesła, w głowie znów mi szumi, wolną ręką ocieram nagle spocone czoło, przygryzam wnętrze policzka prawie do krwi, i wreszcie jestem na tyle opanowana, że spokojnie proszę, żeby szybko kończyła, patrzy na mnie przez ramię i kiwa głową, dogrywa ostatnie szczegóły spotkania, słyszę to wszystko, ale nic do mnie nie dociera, jakby ktoś się mnie zapytał, o czym mówiła od momentu wejścia do mojego pokoju, nie byłabym w stanie nic powiedzieć, po prostu nie wiem, nie mam pojęcia, nic mnie to nie obchodzi. Liczy się tylko to, że zaraz, za moment, będę musiała wystukać na klawiaturze jego numer i że usłyszę jego głos, wreszcie Ewa kończy, podaje mi z uśmiechem słuchawkę, nie zauważyła, w jakim jestem stanie, albo uprzejmie nie skomentowała, albo uznała, że wyglądam tak dziwnie, bo jest mi zimno, dni są ostatnio chłodne, noce zimne, a ja z uporem godnym lepszej sprawy sypiam w króciutkiej koszulce z lekkiego, zwiewnego materiału. Dziękuję jej skinieniem głowy, i patrzę za nią dopóki nie znika za drzwiami. Gdy tylko je zamyka, dopadam łóżka, zawijam się w kołdrę i drżącymi palcami wykręcam numer.

Siedzę w kącie zacisznej herbaciarni i nie mogę opanować jednego gestu - co chwilę dotykam ust wierzchem dłoni, żeby sprawdzić jak bardzo zimne mam ręce, coraz bardziej się denerwuję, w żołądku czuję dziwne ssanie, choć przecież nic się nie dzieje, czego się obawiam?
Wiem, czego. Rezerwy.
Był taki odległy, gdy rozmawiałam z nim rano.
To mnie zabolało. I zdenerwowało. Ale to chyba moja wina, zresztą może nic się nie dzieje, ciągle zachowuję się jak histeryczka, ciągle wymyślam nowe problemy, które stają się realne chyba właśnie dlatego, iż boję się, że mogą się takimi okazać.
Zamówiłam herbatę, cynamonową, zawsze ją piliśmy przychodząc tutaj.
Próbuję policzyć ile czasu minęło, ponad sześć miesięcy nieobecności, całkowita separacja, szczątkowe wyznania w mailach, tylko wzmagające tęsknotę, a gdy sobie to uświadomiliśmy, zaprzestaliśmy tego procederu, ale ile można pisać o tym jak się spędziło dzień i jaka pogoda jest paskudna, i że w pracy jest do niczego, powstrzymując się od mówienia, jak bardzo odczuwa się brak, jak bardzo się tęskni, jak się czeka...
Znowu unoszę dłoń do ust, potem szybko nawijam na palec kosmyk włosów, rozplatam go, przygładzam, odrzucam z czoła pojedyncze, łaskoczące pasma, i zaciskam zęby, gdy uświadamiam sobie jak się zachowuję. Zatrzymuję dłoń w połowie drogi ku ustom, opuszczam ją na stół i natychmiast zabieram za zaginanie rogu serwety, to i tak lepsze, mniej rzuca się w oczy, przestaję więc zwracać na to uwagę, skupiam się na wpatrywaniu w drzwi wejściowe, modląc się w duchu, żeby już przyszedł, bo nie zniosę oczekiwania, oszaleję, zrobię coś głupiego... Przygryzam wnętrze policzka, odpędzam natarczywe, idiotyczne myśli, i prawie przegapiam moment, gdy drzwi się otwierają i do wnętrza wkracza on, czuję chłodny powiew wiatru na policzku. On od razu patrzy w moją stronę, nie zapomniał, wypuszczam powoli powietrze nagromadzone w płucach, tak, świadomie wybrałam ten stolik, chciałam go sprawdzić, zawsze to miejsce, zawsze ta herbata, zawsze... Czuję się, jakbym nie widziała go kilka lat, podnoszę się, splatam dłonie, a on w kilku krokach zbliża się, cały w czerni, perfekcyjny i nienaganny jak zwykle, szybkie spojrzenie w oczy, żadnych słów, są niepotrzebne, przytula mnie, rozłączam dłonie i opieram na jego piersi, jakbym była gotowa odepchnąć go w każdej chwili, czuję jego ciepły oddech wzdłuż ucha i szyi, mogłabym tak tkwić w nieskończoność, do końca świata, z dala od kłopotów, od niewygodnych, drętwych rozmów...
Wreszcie odsuwamy się od siebie, on zdejmuje kurtkę i wiesza ją na poręczy krzesła, siada naprzeciwko, sięga ponad stołem po moje dłonie, widzę jego zdumienie, gdy okazują się taki zimne, i tak siedzimy, to co najważniejsze powiedzieliśmy sobie już rano, nie ma sensu do tego wracać, powtarzać, dzięki temu możemy teraz po prostu siedzieć, bez zbędnych wyjaśnień.
– Opowiadaj – mówi wreszcie, uśmiecha się kącikiem ust. Wyswobadzam ręce, zdejmuję pokrowiec z przyniesionego przed momentem dzbanka z herbatą, nalewam do dwóch filiżanek, resztkę znowu troskliwie okrywam pokrowcem, nieruchomieję tylko na mgnienie oka, gdy uświadamiam sobie, ze znowu zachowuję się nie tak, że przygotowuję się do ataku na jego zbytnią ciekawość, do ciężkiej cholery, co się ze mną dzieje? Opanowuję się, obrysowuję palcem brzeg filiżanki. Coś tam mówię, zapełniam ciszę słowami, coraz bardziej się odprężam, dwa dzbanki herbaty później wciąż siedzimy, pochyleni ku sobie, słucham opowieści o jego wyjeździe, śmieję się, i tak jest dobrze.
Nagle on sobie przypomina, patrzy na zegarek, potem na mnie, robi minę dzieciaka, który właśnie rozbił szybę u sąsiadów grając w piłkę z kolegami, i przypomina mi, że byliśmy umówieni z Ewą i innymi znajomymi, godzinę temu, mam ochotę się roześmiać, no i czuję się jak egoistka, oni pewnie tez tak uznają, na pewno chcieli się z nim zobaczyć, ale...
- Idziemy? - jego głos przepędza moje myśli, przenoszę wzrok z jego dłoni na twarz, jest rozpromieniony, oczy mu błyszczą, marszczę brwi, nie chce mi się, nie chcę się stąd ruszać.
- Nie - mówię, uśmiechając się przekornie, i od razu zaczynam wymyślać argumenty, żeby go przekonać do zostania, ale ku mojemu zdumieniu, przyznaje mi rację, i tak dalej siedzimy w półmroku, a ja nawet nie mam wyrzutów sumienia.

Wchodzę do wciąż jeszcze pustego mieszkania, zamykam za sobą drzwi, opieram się o nie, wpatruję we własne odbicie w lustrze naprzeciwko, odruchowo przygładzam włosy, uśmiecham się. Wieszam płaszcz, kręcę się po kuchni, robię kawę, zadowolona, po raz pierwszy od dawna nie czuję tej ohydnej atmosfery wciskającej się do nosa i gardła zaraz po przestąpieniu progu, w uszach trochę mi szumi, może zapowiedź kolejnej migreny, ale na razie to tak bardzo odległe, nie ma się czym przyjmować, nie warto. Zabieram kubek, idę do siebie, od razu dostrzegam tę stertę papierów z przychodni, leżą na skraju stołu, ciekawe czy gdyby miały taką możliwość, to uśmiechałyby się złośliwie, ale co tam, może nawet w przypływie dobrego humoru, dopóki jeszcze nie wróciłam do pracy, zrobię te badania, jeśli tylko będzie jakiś termin, co prawda najchętniej wyrzuciłabym skierowania do śmieci, ale potem gnębiły by mnie wyrzuty sumienia, gdyby się okazało, że jednak będą przydatne, odstawiam kawę na szafkę w zasięgu ręki, odechciało mi się nagle, cofam się do łazienki, potrzebuję gorącego prysznica, a potem chcę zasnąć i tym samym zakończyć etap smutków i zrzędliwości.


"Proszę tu chwilkę poczekać."
Czekam.
Czekam od dziesięciu minut i jak słowo daję, mam już dość. Tkwię w szpitalnej poczekalni, tutaj zapach starości i lekarstw jest gorszy niż w jakiejś tam zwykłej przychodni, dosłownie zalepia mi gardło, korytarzami spacerują staruszkowie - wyschnięte, przylepione do kości ciała okryte cienkimi szlafrokami. Odwracam oczy, z odrazą, dla mnie starość to takie powolne rozkładanie się za życia, nie chcę nawet myśleć, że kiedyś sama będę takim rozkładającym się kawałem mięsa.
Czekam.
Młoda dziewczyna w rejestracji jakby od niechcenia przyjęła mój zwitek papierów podbitych przez lekarza z przychodni, nawet na mnie nie patrząc, rozprostowała pomięte kartki i zaczęła je przeglądać. Dokładnie wychwyciłam moment, gdy drgnęła jej ręka przepisująca na osobną kartkę papieru jakieś informacje, dziewczyna spojrzała na mnie szybko, miała tak denerwująco szeroko otwarte oczy, przeprosiła na moment i wyszła, a ja muszę tu teraz stać, za mną ustawia się kolejka ludzi w różnym wieku, czuję jak się denerwują, ale ja też się denerwuję, przede wszystkim że zaraz zaczną na mnie napadać i wylewać swoje żale i pretensje, jak to się spieszą, a tu kolejka zablokowana, a co ja bym miała na to odpowiedzieć?
Czekam.
Stukam nogą, coraz szybciej, znowu przykładam wierzch dłoni do ust, uśmiecham się do własnych myśli, powoli odseparowuję się od tych wszystkich ludzi, od hałasu, smrodu, wszystkiego, ale w pewnym momencie kobieta stojąca za mną szturcha mnie swoją torebką, patrzę przez ramię, wykrzywiając usta w najbardziej obłudnym uśmiechu, jaki można sobie wyobrazić. Staruszka przeprasza mnie, ale i tak wiem, że to dźgnięcie w plecy było specjalne, po prostu chciała się odegrać za to, że musi czekać, tłumię nieprzyjemną odpowiedź cisnącą się na usta i zaczynam wpatrywać we własne stopy, co za dzień, co ja tutaj robię?
Co robię? Czekam.
Aż wreszcie pojawia się znowu ta młoda blondyneczka, siada po drugiej stronie szyby, przysuwa do siebie jakiś duży zeszyt i zaczyna coś notować, wreszcie podnosi głowę i informuje mnie, że mam się zgłosić za osiem dni. Marszczę brwi, jak to tak szybko, przecież normalnie się czeka dość długo, a tu już, dziewczyna zapytana odpowiada mi, że ktoś zrezygnował, więc lekarz zdecydował o przyjęciu mnie w tym terminie, nie wiem czy mam się cieszyć, chyba trochę liczyłam, że dostanę dwumiesięczny termin i będę miała spokój, a tu... Nagle dziwnie ociężała, podaję swoje dane, odbieram skierowanie, odwracam się, mijam dziesiątki kompletnie obcych osób, wychodzę na ulicę, w ręce to nieszczęsne skierowanie, ma obrzydliwy różowy kolor, nie wiem czemu nagle tak się zdenerwowałam, składam kartkę na pół, wpycham na oślep do plecaka, przechodzę na drugą stronę ulicy i przyspieszam, byle jak najszybciej znaleźć się w domu, albo gdziekolwiek, byle jak najdalej od tego cholernego szpitala.
Zatrzymuję się dopiero u drzwi jakiejś kawiarni, wchodzę do środka, siadam przy pierwszym wolnym stoliku, zamawiam kawę i ukrywam twarz w dłoniach, nagle potwornie zmęczona i słaba.

- Jak to? - pytam już drugi raz. Głos mam nie swój, drżący i chrapliwy, i choć nie mam łez w oczach, to słyszę je wyraźnie w swoich słowach, czuję jak zalewają mi gardło... - Jak to?
Lekarz nie patrzy mi w oczy, milczy, dopiero po chwili powtarza, znowu to słyszę, "zmiana w mózgu", choć chciałabym, żeby to się okazało tylko snem, albo chociaż że pomylił się za pierwszym razem, cokolwiek, byle nie to... Jak przez mgłę dociera do mnie dalsza część jego wypowiedzi, wychwytuję strzępki, konieczność dodatkowych badań, żeby mieć pewność, żeby... Przyciskam dłoń do ust, jest zimna, bardzo zimna, i drżąca niesamowicie, z trudem wyduszam z siebie pytanie, czy to coś poważnego, i dobija mnie odpowiedź, że jeszcze nic nie wiadomo, tylko tyle, że powierzchnia jest duża, i że te objawy są bardzo niepokojące, nie wytrzymuję, nie jestem w stanie tego słuchać, wybucham płaczem, kulę ramiona i garbię plecy, teraz już nic nie słyszę, nie chcę słyszeć, to po prostu...
Koszmar, koszmar zaprawiony słonymi łzami i wzbierającym w gardle wyciem.
Lekarz milczy, jakby zawstydzony, nie reaguje, co za palant, pewnie widział już tysiące takich i gorszych reakcji, mógłby coś powiedzieć, co z tego, że jakby się odezwał to chyba bym go zwyzywała, liczyłby się gest, cokolwiek, byle tylko nie ta beznadziejna cisza, nie wytrzymam, słowo daję, nie wytrzymam, jakim cudem... Jak to możliwe, że ja, właśnie ja...?
Czas mija, słyszę tykanie zegara w gabinecie, nie ruszam się, ale z wolna się wyciszam, spokojnie, tylko spokojnie, byle dotrwać do momentu, gdy już znajdę się w domu, i wtedy będę mogą szlochać ile tylko będę chciała, na ile sił i łez mi starczy, teraz mi nawet trochę głupio, że nie potrafiłam się opanować zawczasu, co za dzień, co za dzień...
Podnoszę zaczerwienione, zapuchnięte oczy na lekarza, mężczyzna wpatruje się we mnie dziwnie, jakby chciał, żeby to było bez wyrazu, a jednak nie potrafił sprawić, by nie przebijało się współczucie przez tę maskę, może lata praktyki uświadomiły mu, że pacjenci zazwyczaj nie chcą współczucia i stają się agresywni w odpowiedz na najmniejszą nawet jego oznakę... Niedobrze mi, dobrze że nic nie jadłam od wczoraj, bo chyba nie potrafiłabym teraz utrzymać żołądka w ryzach, wykrzywiam usta w parodii uśmiechu, prostuję się powoli, rozmazuję po twarzy niezaschnięte łzy, staram się wyglądać jakby nic się nie stało, jakby wszystko było dobrze.
- Proszę - zaczynam szeptem, nie potrafię się zmusić do podniesienia głosu. - Co teraz?
Nachyla się lekko ku mnie, spokojnie, rzeczowo objaśnia dalsze kroki, trzeba działać szybko, badania, leki, wymienia mi całe listy, nazwy, których nie rozumiem, brzmią dziwacznie, bezsensownie, kiwam tylko głową, marzę o tym, żeby już mieć to wszystko za sobą, byle szybciej... Dostaję kolejne skierowania, jestem kompletnie otępiała, znów pojawia się pytanie, jak to możliwe, czemu mnie to spotkało, dlaczego, dlaczego ja a nie na przykład... Nie, zaciskam pięści, nie chcę być podła, odrzucam te myśli, skupiam się na monotonnym głosie lekarza, staram się zapamiętać ostatnie wskazówki, jakich mi udziela, wreszcie dziękuję, wstaję sztywno, wychodzę, mam poczucie, że zaczyna się piekło, i czuję się potwornie słaba, i osamotniona, co teraz będzie? Mam przed oczami wizje szpitali, badań, lekarzy, zaczyna mi się kręcić w głowie, szumi mi w uszach, przestępuję jeszcze kilka kroków ku wyjściu i nagle tracę czucie w nogach, potykam się i padam na chłodne płytki podłogi, zamykam oczy, byle tylko się nie popłakać, ale nie, nie mam chyba na tyle łez, szum w uszach nasila się, i nagle wszystko się rozmywa, przestaję czuć cokolwiek, jakbym zapadła w sen...

- Chciałam krzyczeć… – mówię, z trudem rozchylając zbielałe wargi. Szeptem. Po prostu nie mam już siły na nic innego, na wydobycie z siebie głośniejszego dźwięku. Mam oczy otwarte najszerzej jak mogę, ale obraz przed nimi już od dłuższego czasu jest zamazany, niewyraźny, jakbym patrzyła przez szyby z tego specyficznego, mlecznego szkła. Straciłam pojęcie, kiedy to się stało. Nie obchodzi mnie to. Wszystkie dni są takie same, zlewają się w jedno...
Mimo to próbuję dostrzec go wyraźniej.
Nie udaje się.
- …ale już nie chcę. - Jego dłoń, delikatnie muskająca moją, krążąca wokół poprzekłuwanego igłami nadgarstka, podłączonego do kroplówek, mój jedyny pewny łącznik ze światem zewnętrznym, jest chłodna i sucha.
Wciągam powietrze przez nos.
- Mówili, że nic nie będzie. Że wszystko będzie dobrze - dodaję jeszcze.
- Wiem - słyszę.
- Okłamali mnie.
- Nie - zaprzecza. - Tak myśleli.
- Wiem. - Teraz ja używam tego słowa, choć sama nie wierzę w to, co mówię. - Ja tylko... - zaczynam i urywam. Wzruszyłabym ramionami. Gdybym tylko mogła mieć na to siły...

Z oddali - zza drzwi dokładnie, blisko i daleko równocześnie, słyszę szloch mojej matki.
Zresztą może to wcale nie ona.
Tylko jakaś inna zrozpaczona kobieta.
Pacjentka może.
Ja nie płaczę. Nie płaczę, bo nie mam na to siły.
– A mówili, że wszystko będzie dobrze... – powtarzam po chwili, jeszcze ciszej niż poprzednio. Chyba nienawidzę tego sformułowania. Jest tak samo bzdurne i bajkowo-beznadziejne jak "I żyli długo i szczęśliwie"...
– Ciii – odpowiada miękko, tak samo cicho jak ja, a może to tylko miarowy, stały pisk w mojej głowie przegłusza jego głos. – Śpij.
Zamykam oczy.

Podziękuj autorce tego posta
 
 
 
Vigdis_of_Bhaal 
chwilowo offlajn


Wiek: 30
Posty: 64
Podziękowano 1 razy
Skąd: Candlekeep
Wysłany: 2009-06-13, 08:56   

Komentarze można tutaj, w tym samym temacie? A, zostawię, najwyżej ktoś ochrzani.

Coby nie było: nie kreuję się na znawcę, po prostu, jeśli coś mi się podoba, to staram się wyjaśnić, dlaczego. :smile:

Podobało mi się. Szczególnie ze względu na autentyczność. Temat bardzo trudny, ale tutaj potraktowany z dużą znajomością, profesjonalnie. Miałam wrażenie, że czytam nie opowiadanie, a dobrego bloga. Czas teraźniejszy buduje swego rodzaju kontakt, relację między narratorką a czytelnikiem: taki strumień świadomości w wersji light, dodający właśnie tej autentyczności, o której wspominałam wcześniej. Atmosfera bardzo pasująca do treści: powtarzanie pewnych czynności, cynizm narratorki, długie zdania - wszystko to wytwarza klimat pewnego rodzaju wyczerpania, zmęczenia, dzięki którym można domyślić się zakończenia (co w tym akurat wypadku jest zaletą, czytelnik ze "złymi przeczuciami" czyta z większym zainteresowaniem, IMHO).
Ogólnie: dzięki za dobry kawałek tekstu z rana :smile:
Podziękuj autorce tego posta
 
 
 
Więcej szczegółów
Za tę wypowiedź podziękowali:
Li
Li 
Przyjaciel Klanu
Lisior


Wiek: 30
Posty: 422
Podziękowania: 37/11
Skąd: Kraków
Wysłany: 2009-06-13, 21:05   

Lubię ten kawałek tekstu, pisałam go fazami, po fragmencie, i już zostawiałam bez poprawek - zakładam że wrażenie 'strumienia myśli w wersji light' (ładne określenie ^^) właśnie stąd się bierze.
Tylko dopiero po kilku latach zmieniłam zakończenie, bo było takie... nie wiem, mętne? A może właśnie nie, tylko zbyt patetyczne, chociaż nie różniło się wiele od aktualnego. Tak to bywa. Nie umiem powiedzieć zazwyczaj co mi nie pasuje, ale to się czuje.

W każdym razie - bardzo dziękuję za ciepłe słowa. :)
_________________
https://www.facebook.com/...54437278982807/
Podziękuj autorce tego posta
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group