Poprzedni temat «» Następny temat
[Opowiadanie] Najemnicy część I
Autor Wiadomość
Mefisto


Wiek: 28
Posty: 209
Skąd: Lublin
Wysłany: 2006-07-04, 00:51   [Opowiadanie] Najemnicy część I

Najemnicy część I

Callahan usiadł z powrotem na karimacie, wyjął z kabury swój pistolet, zaczął oglądać Colta. Ciepło pochodzące z ogniska przyjemnie muskało jego twarz.
- Wioska jest oddalona o jakieś cztery mile – zwrócił się do swojego towarzysza. – A w tej okolicy można napotkać dużo mutantów…
- Mutkami bym się nie przejmował – mężczyzna w kapturze zaczął ostrzyć nienormalnie długi nóż. – Gorzej będzie jak natkniemy się na Piratów.
- Cholernie ciekawi mnie, jaki naprawdę maja problem mieszkańcy tej wioski, myślę że kolejny obłąkaniec morduje ludzi w imię nowej wiary.
- W ciele ofiary znaleziono coś co przypominało ząb, może to mutant.
- Nieważne co to jest Mike – powiedział Callahan .– Przed strzałem z Colta M1991 Al niewiele może uchronić – mężczyzna unosząc pistolet do góry paskudnie się uśmiechnął.
Siedzieli obaj w milczeniu, myśląc o czekającym ich zadaniu. Ogień zaczął przygasać.
- Oho – powiedział Mike.- Nie mamy więcej drewna?
- Nie, wyjmij pochodnie, kilka trzeba rozmieścić wokół nas.
Mike starannie wbił pochodnie w piasek, wiedział że w jego profesji najmniejszy błąd może oznaczać śmierć. Jednak fakt że podróżuje u boku śmierci w pewien sposób dawał mu satysfakcję, dzięki temu jego zawód jest rzadko spotykany, a ludzie biją się o ich usługi,
- Gotowe – powiedział Mike. – Ja i moje uzi będziemy pierwsi stali na warcie..
Callahan ufał Mike’owi jak własnemu bratu, wiedział że Mike oddałby za niego życie, a jeżeli zaszłaby potrzeba to Callahan zrobi to samo. Callahan długo próbował zasnąć, nie mógł, zresztą jak co noc. Wspomnienia wracały.
Mike znał przyczynę lęków przyjaciela, wiedział dlaczego jego przyjaciel budzi się kilka razy podczas snu. Wiedział dlaczego jednego dnia Callahan jest wesoły a drugiego w ogóle się nie odzywa. Rozumiał go. Czasami ciężko mu było patrzeć na mękę kompana, był jednak świadom tego że nie da się pomóc, a każda próba pomocy pogorszyłaby sprawę.
W mroku coś się poruszyło, Mike szybko wstał, wyjął nóż z pochwy i lekko szturchnął Callahana.
- Wstawaj – powiedział. – Podaj mi noktowizor.
Mężczyzna pośpiesznie wstał, sięgnął ręką do torby, wyjął dwa noktowizory.
- Gekon? – podał noktowizor Mike’owi.
- Możliwe, jestem pewien że nie człowiek, za szybko przemknął.
W pobliżu jednej z pochodni dało się zauważyć jakąś postać, pochodnia zgasła.
Stali do siebie plecami, mierząc w stronę mroku. Obaj usłyszeli lekkie szuranie dobiegające od strony zgaszonej pochodni, Callahan był przygotowany na szybki atak, nie ujrzał jednak szybkiego, agresywnego mutanta, nie ujrzał także krwiożerczego, zbuntowanego bota, zobaczył człowieka trzymającego się za ranę w brzuchu. Zauważył że mężczyzna zaraz upadnie, szybko podbiegł i w ostatniej chwili złapał jego opadające ciało.
- Apteczkę, szybko.
Mike zdjął noktowizor, wyjął plastikowe pudełko z lekko zatartym czerwonym krzyżem.
Obaj usłyszeli syk, mężczyzna którego opatrywali zaczął stękać.
- To on, nie, nie, zabijcie mnie, proszę, nie chce przeżyć tego drugi raz, zabijcie mnie…
Mike wstał, podniósł z ziemi uzi, z mroku coś wybiegło. Teraz już widzieli ich wroga, nigdy się nie spotkali z takim mutantem, to coś miało zaostrzone zęby, w jednej ręce trzymało obrzyna, druga ręka zaś zakończona była metalowym szpikulcem. Bestia zaszarżowała na Mike’a, mężczyzna uskoczył przed dźgnięciem potwora, przeturlał się i leżąc na ziemi strzelił. Chybił. Potwór wymierzył obrzynem w stronę Callahana, mężczyzna był szybszy, strzelił wyjątkowo niegramotnie trafiając potwora w ramię. Dziwna istota zaskrzeczała, Mike ciął potwora nożem, stwór uchylił się przed ciosem i ranił nożownika w ramię. Mężczyzna upadł. Napastnik schylił się ku leżącemu mężczyźnie, przystawił mu pordzewiały szpikulec do gardła, obrzynem wycelował w Callahana. Callahan odskoczył, potwór trafił w rannego leżącego na piasku, najemnik odwrócił głowę by nie patrzeć na to co zostało z człowieka którego kilka sekund wcześniej próbowali ratować. Mike złapał mutanta za rękę z kolcem i wykręcił, coś chrupnęło. Mutant ryknął, popatrzył na Mike’a i zaczął okładać go strzelbą, Mike dostał w głowę, poczuł jeszcze dwa uderzenia w brzuch, stracił przytomność. Callahan widząc to bez opamiętania zaczął strzelać w mutanta który niemal podskakiwał pod wpływem pocisków z Colta. Callahan opamiętał się dopiero gdy mutant upadł na ziemię nie dając żadnych znaków życia.

- Aaa, moja głowa –. stęknął Mike odzyskując przytomność – Ubiłeś skurwiela?
- Tak, dobrze że dostałeś kolbą, inaczej byś nie żył
- Ile byłem nieprzytomny? – zapytał Mike
- Jakieś trzy godziny, wystraszyłeś mnie tym trochę.
- Wybacz, bardzo go podziurawiłeś?
- Siedem kul.
- O, szczęśliwa liczba – zaśmiał się Mike.
- Nie ruszaj się, opatrzę twoją ranę– powiedział Callahan szukając czegoś w apteczce.
Mike o własnych siłach wstał, pomasował zabandażowaną głowę i popatrzył w stronę pozostałości po mutancie, spluną z niesmakiem.
- Nieźle musiał cię wkurzyć, strzelałeś gdzie popadnie.
Callahan nie skomentował. Szli w milczeniu zastanawiając się nad pochodzeniem mutanta, na którego ciele widoczne były ślady ingerencji człowieka.
- Tacy są najgorsi – powiedział Mike.
- Jacy?
- Mutanty zrobione przez człowieka, zazwyczaj są obeznane w broni palnej, nie kierują się tylko instynktem. Myślą.
Szli bardzo szybko, woleli uniknąć kolejnego spotkania z mutantem. Trafili na asfaltową drogę.
- O ile to jest ta asfaltowa droga o której myślę, to jeszcze niecałą milę – spojrzał na mapę Callahan.
Później przez cała drogę milczeli, Mike nie lubił rozmawiać w czasie marszu po niebezpiecznym terenie, twierdził że to mocno rozprasza jego uwagę.
- No i mamy naszą wioskę – powiedział zauważając zarys niewielkich domków.

Mężczyzna siedzący przed monitorem komputera miał długie siwe włosy, grymas na jego twarzy sugerował duże zaangażowanie w grę komputerową. Mężczyźni cierpliwie czekali aż coś odwróci jego uwagę od monitora.
- A więc – powiedział długowłosy odwracając głowę od monitora .- Panowie są najemnikami do brudnej roboty? – zrobił nieprzyjemną minę nie kryjąc niechęci do ich profesji.
- Tak, to ty wysłałeś kuriera z ogłoszeniem pracy do Detroit? – zapytał Mike z równie podłą niechęcią co siwy facet.
- Nie, ja od razu mówiłem że to zły pomysł, napaście mutantów są rzeczą tak normalną jak to ze woda jest mokra…
- Tak, rzecz naturalna – przerwał Callahan. – Mutanty powstałe na skutek radiacji to rzecz bardzo normalna a ludzie nie mogą się bronić ponieważ nie można się sprzeciwiać naturze. Słyszeliśmy już takie brednie od naszego ostatniego pracodawcy, mówił żeby mutanta złapać ale nie zabijać. Gdy jednak zobaczył na własne oczy ostatnią ofiarę, sam chciał złamać bronione przez ciebie prawa natury.
Siwowłosy milczał, czerwony ze wściekłości próbował sprawiać wrażenie opanowanego, jednak drżenie rąk go demaskowało. Callahan czuł że za mocno zareagował, nie szkoda mu było siwego, po prostu miał nadzieję że ich zapłata nie będzie mniejsza niż oczekują z powodu jego wywodu na temat praw natury.
Callahan szukał słów by rozwiać wrogość panującą w pokoju.
Drzwi się otwarły, młody, spocony mężczyzna wszedł do pokoju , ciężko oddychając siadł na krześle i nalał sobie wody.
- Dzień dobry panom – powiedział sympatycznym i donośnym głosem. – Jak mniemam panowie przyszli pomóc naszej wiosce. Mam nadzieję że mój doradca przedstawił nasz problem – burmistrz wytarł twarz ręcznikiem.
- Nie – Mike nie pozwolił dojść do słowa siwemu. – Pański doradca wolał nam wytłumaczyć że należy wytworzyć symbiozę z mutantami zamiast je zabijać.
- Harry, możesz nas zostawić samych ? – zwrócił się do siwowłosego.
Harry skinął głową i zniknął za drzwiami. Zaczęło się chmurzyć.
- Nazywam się Curt, mówmy sobie po imieniu tak będzie lepiej. Panów imiona już znam, więc może przejdziemy od razu do rzeczy. Od kilku tygodni w miasteczku dochodzi do morderstw, znajdowane ofiary mają wybrakowane ciała, zabierane są nerki, serca, płuca.
- Kto i gdzie znalazł ostatnią ofiarę ?
- Barman, wyszedł w nocy wyrzucić śmiecie i znalazł zmasakrowanego faceta – wzdrygnął się.
- Możemy obejrzeć ciała ? – zapytał Mike
- Tak, chodźcie za mną – mężczyzna wstał wypijając resztę wody ze szklanki.
Callahan i Mike podążyli za Curt’em, wychodząc z budynku obaj czuli na sobie bezczelny i zazdrosny wzrok Harry’ego wypuszczającego z ust papierosowy dym. Przeszli przez zakurzoną ulicę zasłaniając się rekami przed tumanami kurzu unoszącymi się nad ulicą.
Weszli do wysokiego, trochę zniszczonego budynku, Callahan przechodząc przez kolejne pomieszczenia instynktownie starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Zdawał sobie sprawę z przydatności jego dobrej pamięci. Zatrzymali się przed dużymi, metalowymi drzwiami, Curt nacisnął dużą klamkę i całym ciałem pchnął drzwi. Twarz Callahan’a uderzył przyjemny chłód. Za biurkiem siedziała nie więcej niż czterdziestoletnia kobieta trzymająca kubek.
- Przyjemna atmosferka, gdyby nie świadomość że to prosektorium można by tu zamieszkać – prychnął Mike.
Kobieta najwyraźniej zdegustowana jego żartem odłożyła kubek z czarną zawartością.
- Dzień dobry panie burmistrzu, skończyłam badania nad ostatnią ofiarą – powiedziała wchodząc do pomieszczenia obok. – Facet dostał tępym narzędziem w głowę, czymś co przypominało duży młot –wskazała na zwłoki leżące na stole operacyjnym - To było przyczyną zgonu, później jeszcze kilka razy został kopnięty. Ta ofiara stanowczo różni się od poprzednich, ciało nie jest aż tak mocno zmasakrowane.
- Ofiara była pijana? – zapytał Callahan.
-Nie – kobieta ziewnęła. – Był trzeźwy, znaleziono przy nim pistolet.
Chwilę postali w ciszy przyglądając się zwłokom, burmistrz szepnął coś do ucha pracownicy prosektorium. Oboje wyszli.
- Myślisz ze to był mutant?
- Nie, facet miał pistolet, spodziewał się zamachu, gdyby spodziewał się ataku mutanta, nie wychodziłby nawet z domu – stwierdził
- Albo był po prostu przezorny.
- A inne ofiary? Może ostatnie zbrodnie nie mają powiązania ?
Milczeli.
- Callahan, Mike – gestem kazał im podejść Curt. – Obejrzeliście już zwłoki?
- Tak - powiedzieli jednocześnie.
- Dobrze, zacznijcie śledztwo jak najszybciej, pokój macie już przygotowany w moim domu. Owocnej pracy.
Curt zaczął kierować się do wyjścia.
- A, jeszcze jedno – odwrócił się – wolałbym by wasze śledztwo było okryte tajemnicą, wszelkie wasze przemyślenia na temat morderstw mówcie mi, a już na pewno nie mówicie o śledztwie w towarzystwie Harry’ego. Jego ambicje mogą zakłócić waszą pracę.
- Gdzie znaleziono ostatnią ofiarę? – zapytał Callahan
- Za tutejszym barem. Knajpa znajduje się na rogu dwóch głównych ulic. Jeżeli was to interesuje, były cztery ofiary, wszystkie płci męskiej, trzy z nich było w takim stanie że mamy problem z identyfikacją.
- A czwarta – wskazał na denata w sali obok. – zgłosił się ktoś ?
- Nie. Musze wracać do pracy.
Mężczyzna zaczął kierować się w stronę wyjścia. Rozpadało się.
Callahan i Mike wyszli na zewnątrz, krople deszczu rozbryzgiwały się uderzając o ziemię.
- Idziemy do knajpy? - Zapytał Callahan wycierając mokre czoło.
- Tak, chodźmy, przy okazji wypijemy bo piwku.
Już z daleka zobaczyli neonowy szyld baru. Stanęli przed starym budynkiem, najprawdopodobniej przedwojennym, budynek w wielu miejscach pozbawiony był tynku.
Dzięki starodawnej kompozycji, po wejściu do pomieszczenia czuło się niesamowity klimat
- To pan znalazł zwłoki mężczyzny nie daleko kubłów na śmieci ? – bez kozery zapytał Mike.
- Tak, a kim panowie są?
- Zostaliśmy najęci przez burmistrza. Pokaż nam gdzie dokładnie znalazłeś trupa.
Barman chwilę się zastanowił, rozejrzał się po barze.
- Dobrze, chodźcie za mną.
Udał się na zaplecze. Po przejściu przez to pomieszczenie byli na dworze.
- Muszę iść pilnować lokalu – powiedział barman wchodząc do knajpy. – Zwłoki znalazłem dokładnie o tu o – wskazał palcem na stertę śmieci. – Leżał na tych workach.
Kompani bez zwłoki zaczęli przeszukiwać worki śmieci, deszcz utrudniał im wykonywanie pracy, jednak nie poddawali się.
- Jestem głodny – powiedział Mike
- Ja też, jak już sprawdzimy tutaj wszystko pójdziemy do knajpy na pizzę i piwo – uśmiechnął się Callahan.
Szukali dalej.
- Callahan, nie ruszaj się – powiedział zdenerwowanym głosem Mike. – Nie podnoś nogi! – krzyknął.
Callahan domyślił się że stanął na minie. Próbował jak najmniej się poruszać.
-Spróbuję ją rozbroić.
- Nie, bezpieczniejsze będzie zastąpienie mojej nogi czymś ciężkim.
Mike panicznie zaczął panicznie się rozglądać . W końcu dostrzegł kamień leżący na ulicy.
- Mam, powinno wystarczyć.
Mężczyzna położył obok nogi kompana kamień i wyjął nóż. Starannie wsunął ostrze pod nogę towarzysza, z całej siły przytrzymał drugi koniec noża. Mokre palce ześlizgiwały się z płazu, Mike chwycił ręką całe ostrze
- Teraz! – wydał polecenie próbując wytrzymać ból pochodzący od krwawiącej dłoni.
Callahan szybkim ruchem podniósł kamień i położył na minie, westchnął.
- Wiesz co? Idziemy na piwo – powiedział Mike ocierając pot z czoła.

Callahan położył się na łóżku wsłuchując się w relaksująca piosenkę Pink Floydów. Odkąd tylko pamiętał muzyka pomagała mu lepiej przyjąć koszmary i wspomnienia które wracały co noc. Jego sprawność psychiczna była uzależniona od podświadomości – nienawidził tego.
Upadł mu pistolet. Przypomniał sobie swojego śmiesznego towarzysza z przed lat. Gdy kładli się spać, facet zawsze chował broń pod poduszkę, Callahan uważał to za szpan wyciągnięty z filmów akcji do momentu gdy błyskawicznie wyjęta trzydziestka ósemka uratowała ich przed dużym mutkiem. Uśmiechnął się. Miał dobry humor a nie był pijany, rzadko mu się to zdarzało. Czuł się senny, wspomnienia wracały…

- Nie wiem kto może znać się tutaj na pirotechnice – powiedział burmistrz. – Oprócz mojego doradcy Harryego nikt nie ma dostępu do …
Curt przerwał gdy zobaczył grymas na twarzy Callahan w momencie gdy mówił o Harrym.
- Nie to nie możliwe żeby on miał udział w tych zbrodniach – zaprzeczył burmistrz.
- Jesteś tego pewien? – Callahan wyjął z kieszeni nie wielki pakiet foliowy. – A czy Harry nie pali przypadkiem Marlboro? – powiedział wyjmując z torebeczki do połowy spalony papieros. - Znaleźliśmy to tam gdzie zamordowano ostatnią osobę.
- To może być przypadek, to bardzo popularna …
- Nie oszukujmy się Curt, to biedne miasteczko, nie ma porządnego sklepu gdzie można by kupić paczkę Marlboro a ludzie tutaj mają inne zmartwienia niż szlugi.
- Dobra, potrzebuje jeszcze jednego dowodu. Dzisiaj o dziesiątej Harryego nie będzie w domu, przeszukajcie jego mieszkanie. Jak coś znajdziecie już ja się nim zajmę. A teraz musisz mi wybaczyć, mam dużo pracy.
Callahan wszedł po schodach na piętro. Coraz mniej podobała mu się ta mieścina.
- I jak? – zapytał Mike wychylając głowę z za drzwi.
- Czeka nas przeszukanie mieszkania siwego.
- Po co?
- Okazało się ze siwy jako jedyny w mieście ma dostęp do pirotechniki i na dodatek pali Marlboro. Ten kretyn kryje mordercę. To oczywiste, morduje mutant…
- Jak to? Zaraz bo nie nadążam, może to nie on.
- Pamiętasz co mówił siwielec ? Że napaści mutantów są naturalne, skąd on mógł wiedzieć że to sprawa mutantów? Jeszcze dwa pozostałe dowody. To on- powiedział najwyraźniej podekscytowany Callahan.
Na zewnątrz rozległ się krzyk. Callahan wbiegł do pokoju. Przez okno zobaczył biegnącego mężczyznę trzymającego się za krwawiący brzuch. Callahan chwycił swojego Colta i zbiegł na dwór.
- Potwór! Na pomoc! – krzyczał ranny mężczyzna.
Callahan złapał rannego gdy ten miał już upaść.
- Panie… pomoc, tam potwór, wielki. Cztery ręce miał.
- Gdzie potwór?!
- Przed tunelem kanałowym – mężczyzna zaczął charczeć krwią.
Gdy Callahan zobaczył że rannemu nic nie pomoże zaczął biec tam gdzie wskazywał . Zza zakrętu słyszał paniczne krzyki ludzi, gdy skręcił ujrzał tłum spanikowanych mieszkańców miasta biegnących w jego stronę. Gdy tłum ustąpił Callahan zobaczył ogromne, leżące cielsko zwijające się w dziwnych konwulsjach. Skóra stwora była czerwona i miała charakterystyczny dla Burgów połysk.
- Kurwa – przeklną Callahan.
Przygotował się do strzału, wiedział że mutanty zaliczane do Burgów mają tylko jeden słaby punkt. Poczwara najwidoczniej dopiero wyszła z tunelu, przyzwyczajała skórę do słońca, nie strzelał bo wiedział że to bezowocne, czekał aż bestia się wyprostuje i będzie wiadomo gdzie skóra jest jaśniejsza. Żałował że nie wziął swojej broni laserowej. Potwór zaskrzeczał, Callahan zdał sobie sprawę z zagrożenia jakie niosą skrzydła mutanta. Świat dla niego przestał istnieć, skupił się tylko na stworze i jasnej plamie na skórze bestii w okolicach korpusu. Strzelił nie trafiając. Mutant mierzący trzy metry wysokości zaszarżował na Callahana – będzie ostro- pomyślał. Strzelił po raz kolejny, przeciwnik dostał w skrzydło, nie przejmując się tym biegł dalej, coraz szybciej. Callahan skupił się, wiedział ze teraz musi uskoczyć, kontem oka szukał jakiejś niszy, przesmyku, okna, czegoś gdzie mógłby wskoczyć. Jakieś siedem metrów przed nim, po lewej stronie stała pozostałość po wieżowcu. Musiał spróbować. Nie miał innego wyjścia.
Zaczął biec, tak szybko jak tylko mógł, w biegu przełożył broń do drugiej ręki i wyjął nóż, będąc niemal w styczności ze skrzydłami mutanta wskoczył przez okno do ruin budynku. Doszedł do wniosku że kaskaderski wyczyn był złym pomysłem. Było już za późno . Poczuł paskudny ból w nogach, jakby coś przygniotło jego nogi do ziemi, padając na podłogę jęknął z bólu. Spojrzał na swoje nogi, dżinsowe spodnie zaczęły przybierać szkarłatną barwę.
Potwór stanął dokładnie przed Callahanem, dzieliła ich tylko niewielka ściana która na pewno nie wytrzyma szarży stwora. Wiedział że już po nim, zaczął strzelać, kule przechodziły przez ścianę i trafiały w mutanta. Zmienił magazynek, mutant odwrócił się prezentując swój ogromny ogon którym po chwili uderzył w ścianę, posypał się tynk. Ściana zaczęła pękać.
Callahan spróbował wstać, nie mógł, doczołgał się do drugiego pomieszczenia, usłyszał jak gruz zwalił się na ziemię.
- Już po mnie – powiedział sam do siebie. – Zawsze zastanawiałem się jak to jest ze strachem przed nieuniknioną śmiercią, tak bliską, tak realną. Teraz wiem że… nie jest tak źle jak myślałem.
Usłyszałem serię strzałów. Uzi?- pomyślał. Tak to na pewno Uzi. Wybuchy…
Jest nadzieja - zaczął czołgać się do tyłu, podciągnął się na rurze wystającej ze ściany.
Opierając się o ścianę wycelował pistoletem w stroną skąd odchodziły flegmatyczne odgłosy zmierzającej do niego bestii. Strzały z zewnątrz najwidoczniej mutanta nie obchodziły, ściana o którą opierał się Callahan mocno się zatrzęsła, Callahan dokuśtykał do przeciwnego muru. Oparty plecami celował Coltem przed siebie.
- Tu jesteś.
Callahan szybko się odwrócił, ujrzał Mike’a z pistoletem Uzi w ręku.
- Obawiałem się najgorszego.
- Przygotuj się do strzału bo twoje obawy jeszcze się spełnią – uśmiechnął się Callahan. – To Burg, strzelaj w bladą plamę na korpusie.
Mike chwycił Callahana pod bark, stali obaj kierując pistoletami w stroną burzonej ściany. W momencie gdy ściana zmieniła się w kupę gruzu a z kurzu wyłonił się ohydny potwór, chłopcy otworzyli ogień, bestia zaskrzeczała, próbowała zasłonić się skrzydłami, bezskutecznie. Krew zaczęła spływać po ciele mutanta, który sprawiając wrażenie w połowie martwego szybkimi krokami przybliżył się do strzelców. Callahan odkrył że z jego broni nie lecą już pociski, zmienił magazynek. Bestia rozłożyła odrażające ręce, teraz Callahan już wiedział dlaczego denat mówił o czterech rekach, pod skrzydłami potwór krył druga parę potężnych rąk.
Potwór zachwiał się, przystanął z nogi na nogę i z hukiem upadł do tyłu.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem – westchnął Callahan.
- Myślisz że to ma jakiś związek z zabójstwami?
- Nie wiem, ale jeżeli tak, to jestem pewien że zabójstwa te mają powiązanie z jakimś większym przedsięwzięciem.
Callahan jeszcze raz obejrzał ścierwo bestii i plunął z pogardą. Do pomieszczenia wbiegło kilku mężczyzn w wojskowych uniformach. Jeden z nich nie wytrzymał widoku zwłok mutanta, odwrócił się i zwymiotował pod ścianę.
- Chyba mi nie powiecie że to coś było sprawcą morderstw w mieście – powiedział Curt przeciskając się przez wojskowych.
- To na pewno nie to, nie jesteśmy pewni czy ma powiązania z zabójstwami – powiedział Callahan. - Ale jeżeli tak to radziłbym nająć kogoś od zabijania naprawdę wielu dużych mutantów.
Curt przełknął ślinę.
- A wy …
- Co my? – przerwał Callahan. – Nie mamy nawet odpowiedniej broni na tego typu bestie, i mamy we dwóch pójść w te tunele ściekowe? Nie ma mowy, tutaj kończy się nasza współpraca.
- A jeżeli dam wam ludzi? I zakupię sprzęt?
- Trzeba działać od razu, jeżeli wróg jest na tyle zuchwały by otwarcie atakować to tylko kwestią czasu jest szturm na miasto. Musiałbym dać instrukcję żołnierzom, Burg to nie jest zwykły mutant, Burga nawet nie zaboli jak poszczujesz go serią z kałacha.
- Jakiej broni potrzebujecie?
- O broń laserową nawet się nie upominam, jeżeli nawet dostaniesz to będzie to droższe niż całe miasteczko łącznie z mieszkańcami – powiedział pół żartem, pół serio Callahan. – Coś szybkostrzelnego i wytrzymałego, będziemy w końcu szli przez tunel ściekowy. Kilka egzemplarzy AK i kilka Coltów 635, są popularne i niedrogie jak na nasze czasy.
- Pojadę po sprzęt do Fabryki, a wy sprawdźcie co w końcu dzieje się z Harrym. Jeżeli zobaczycie że jednak jest zamieszany w morderstwa, skujcie go w kajdanki. – Curt intensywnie się przeciągnął. – spodziewajcie się mnie jutro z rana.

- Od tak sobie tu wejdziemy ? – zapytał Mike
- Tak, nie zgrywaj świętego, gorsze rzeczy robiliśmy po pijaku – szepnął Callahan
- Wiem, ja tylko chciałem powiedzieć że, jeżeli okaże się że pomagał mordercy, albo sam mordował, to czy …
- Nie.
- Ale dlaczego? Przecież takiemu zbrodniarzowi który na całe życie do celi pójdzie, nie potrzebny jest majątek – Mike delikatnie nacisnął klamkę w drzwiach.
- Wiem ale gdyby się okazało że jednak nie ma z tym nic wspólnego, to możemy stracić reputację skutecznych i profesjonalnych łowców.
Obaj weszli do ciemnego pokoju. Callahan zapalił latarkę. Usłyszał za sobą lekki zgrzyt.
- Co to ?- zapytał szeptem.
- To ja, drzwi zamknąłem.
Przeszukiwał biurko, otworzył szufladę i dokładnie obmacał jej spód. Upuścił latarkę. Która upadając na szufladę spowodowała pusty oddźwięk.
- Hm- Callahan lekko postukał w dno szuflady. Wyjął nóż i podważył deskę.
- Podwójne dno. Jednak nasz koleżka ma jakieś tajemnice. – szepnął podnosząc deskę.
Na dnie szuflady zobaczył dyktafon z taśmą w środku. Zdecydowanym ruchem schował urządzenie do kieszeni.
Szukali dalej, po przeszukaniu wszystkich pomieszczeń, nie dowiedzieli się niczego istotnego, mieli nadzieję że na dyktafonie będą dowody obciążającego siwego.
- No – Callahan szepnął – nic chyba już nie znajdziemy.
Obaj usłyszeli za sobą szmer. Popatrzyli na siebie, Callahan wyjął broń. Poczuł mroczący ból i upadł na ziemię, próbował nie zamykać oczu, w ostatnich chwilach przytomności z trwogą spoglądał na siwego mężczyznę wbijającego nóż pod żebra wówczas zaskoczonego Mike’a.

Umarłem – pomyślał .–Tak więc wygląda piekło?
Siedział na krześle przytwierdzonym do podłogi, ręce i nogi miał skrępowane stalową linką. Zaczął się szarpać. Bezskutecznie. Próbował rozejrzeć się po pomieszczeniu jednak każdy ruch głową powodował olbrzymi ból.
- Przebudziłeś się – stwierdził Harry. – To dobrze, możemy zacząć.
Callahan milczał, był ciekaw dalszych posunięć siwego.
- Nie potrzebnie szperaliście w moich rzeczach, może byście mięli szanse przeżyć.
Siwowłosy był wyjątkowo opanowany, Callahan nie musiał go widzieć by to stwierdzić, wystarczył mu sam głos by wiedzieć czy jest zdenerwowany, wystraszony, zadowolony. Wiedział że jest opanowany. Zdradzał pewność siebie.
- Widzisz strzykawkę z bezbarwnym płynem leżącą przed tobą?
- Tak – powiedział imitując strach w głosie.
- Po wstrzyknięciu, twoje ciało zacznie się modyfikować. Będziesz moim królikiem doświadczalnym, cechy wprowadzane przez tą substancję nie są jeszcze przeze mnie określone. Możliwe że modyfikacje będą chaotyczne.
- Proszę, puść mnie wolno, mogę dla ciebie donosić – udawał Callahan.
- Nic nie możesz. Przez całe życie nie liczyłem się w tej dziurze, ale mój… - urwał szukając odpowiedniego słowa. – Pracodawca da mi władzę nie tylko nad Liverocks ale nad całym pobliskim regionem.
Do nozdrzy Callahana dotarł nie lubiany przez niego zapach dymu papierosowego.
Harry podszedł kilka kroków.
- Nie proszę, nie zabijaj mnie – mówił piskliwym głosem Callahan.
- Może po mutacji stwierdzę że mi się do czegoś przydasz.
Siwowłosy wyjął papierosa z ust, rzucił na podłogę i przygniótł podeszwą poczym wbił strzykawkę pod skórę Callahana.
Callahan poczuł nagły przypływ adrenaliny, wyostrzyły mu się zmysły, głowa przestała go boleć. Zaczął wykonywać serie spazmatycznych ruchów. Zauważył że obite metalem nogi krzesła zaczęły pękać, nie tracił przytomności, był świadom wszystkiego, jednak nie mógł opanować chemicznego berserku. Linki na rękach pękły kalecząc mu nadgarstki. Uderzył pięścią Harryego trafiając w okolice splotu. Siwy odskoczył próbując złapać oddech. Callahan wstał i rozejrzał się za swoim Coltem, tą sytuację wykorzystał przeciwnik, mężczyzna zobaczył jak metalowy pręt zmierza w kierunku jego rannych kolan. Wystawił rękę i poczuł ból który jak na to uderzenie był łagodny… za łagodny. Z całej siły uderzył przeciwnika w twarz, gęsta krew popłynęła Harryemu z nosa, walnął raz jeszcze. Po tym uderzył kolejne kilka razy.
- Ty skurwielu– wycedził przez zęby patrząc w beznamiętne oczy Mike’a. – Zabiłeś mi przyjaciela.
- Proszę pozwól mi żyć.
- Kurewskie ścierwo, milcz bo nie dobrze mi się robi jak to słyszę. – Przystawił mu Colta do głowy.- Mów, wszystko co wiesz o morderstwach w mieście i o swoim pracodawcy.
- To mutanty – przełknął ślinę. – Zamieszkują kanały, te najbardziej odległe i zapomniane.
- Kto nimi dowodzi?
- Nie wiem, polecenie dostaje od ludzi. Słyszałem że głównym operatorem jest… robot.
Callahan wybuchł śmiechem.
- Robot ? To dobre.
- Nie zabijaj mnie, proszę, mam pieniądze…
Nie było dane mu dokończyć, pocisk z Colta zrobił mu tunel w głowie. Bezwładne ciało opadło na bok, pod głową utworzyła się kałuża krwi. Callahan schował broń i nie przejmując się ciałem ani Mike’a ani zabójcy otworzył drzwi. Okazało się pokój był odpowiednio zakamuflowany i dlatego go nie widzieli.
- Przyda się – powiedział sam do siebie widząc pistolet maszynowy typu: H&KMP5.
Wziął pistolet do ręki, zawiesił na ramieniu i wyszedł z budynku.
Zaczęło świtać.

-------------------------------
Coś tam poprawiłem, mam nadzieje że wyszło lepiej.
P.S dzięki Math, 100% racji, roiło się od błędów ;)
Ostatnio zmieniony przez chisette 2008-06-20, 00:45, w całości zmieniany 2 razy  
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
 
Matheous 


Wiek: 28
Posty: 452
Podziękował 1 razy
Skąd: Bytek
Wysłany: 2006-07-04, 19:28   

Lecimy po kolei.
Cytat:
wyjął z kabury swój pistolet, zacząć oglądać Colta

zaczął, nie zacząć, to raz. A dwa, jakoś mi się to nie klei - lepiej 'wyciągnął i obejrzał swojego Colta' albo coś w tym duchu. No i colta chyba można pisać z małej litery, ale pewien nie jestem.
Cytat:
natkniemy się na Piratów.

po co z dużej litery?
Cytat:
Nie ważne

Nieważne.
Cytat:
Przed strzałem z Colta M1991 Al nie wiele może uratować

Niewiele, no i znowu trochę dziwne zdanie. Niewiele może uchronić brzmiałoby dużo lepiej, albo 'niewielu może SIĘ uratować'.
Cytat:
uśmiechną

uśmiechnąŁ.
Cytat:
Mike starannie wbił pochodnie w piasek, wiedział że w jego profesji najmniejszy błąd może oznaczać śmierć, jednak że podróżuje u boku śmierci w pewien sposób dawał mu pewność, dzięki temu jego zawód jest rzadko spotykany, a ludzie biją się o ich usługi,

Kompletnie pieprznięty i bezsensowny akapit. Dziwny ciąg przyczynowo-skutkowy (wbił pochodnię w piasek, wiedząc że w jego profesji najmniejszy błąd może oznaczać śmierć - spoko, ale co ma jedno do drugiego? Złe ustawienie pochodni chyba go nie zabije?), PODZIEL TE ZDANIA, i chyba nie do końca ci wyszło przedstawienie tego, o co ci chodziło ^^
Cytat:
Ja i moje uzi będziemy pierwsi stali na warcie, ciebie obudzę jak już będę przysypiał, więc połóż się spać.

Niepotrzebnie gada to wszystko, imo cały fragment od 'ciebie obudzę'... można wyciąć, bo to istne masło maślane. Po co profesjonaliście gadać, żeby szedł spać podczas cudzej warty? Rozumiesz, mam nadzieję, o co mi chodzi? ;]
Cytat:
Callahan ufał Mike’owi jak własnemu bratu, wiedział że Mike oddał by za niego życie a jeżeli zajdzie potrzeba to Callahan zrobi to samo
oddałby, brakuje przecinka przed 'a' no i powinno być 'jeżeli ZASZŁABY potrzeba, Callahan ZROBIŁBY to samo'. I dziel te zdania, a nie używaj tylu przecinków :)
Cytat:
z resztą
Razem.
Cytat:
rozumiał go, czasami ciężko mu było patrzeć na mękę kompana, był jednak świadom tego że nie da się pomóc a każda próba pomocy pogorszyła by sprawę.
KROPKI :) no i 'pogorszyłaby' razem.
Cytat:
poruszyło. Mike
Cytat:
eraz już widzieli ich wroga, nigdy się nie spotkali z takim mutantem, to coś miało zaostrzone zęby, w jednej ręce trzymało obrzyna, druga ręka zaś zakończona była metalowym szpikulcem.
NIENAWIDZĘ takiego sposobu opisywania :P 'Teraz już widzieli ich wroga, a był to mutant, z jakim jeszcze nigdy się nie spotkali. Stwór miał zaostrzone zęby, w jednej ręce trzymał obrzyna, zaś druga była zakończona metalowym szpikulcem'. Albo coś w tym duchu.
Cytat:
wyjątkowo niegramotnie
lol? Czyżby chodziło o krytyka? :P Może niezwykle celnie, albo coś, bo NIEGRAMOTNIE mi brzmi zupełnie dziwnie 0_o
Cytat:
potwora nożem, stwór zamachnął się i ranił nożownika w ramię
A z ciosem nożownika co się stało? 'Stwór uchylił się przed ciosem i uderzył, raniąc nożownika w ramię'.
Cytat:
przystawił mu pordzewiały szpikulec do gardła, obrzynem wycelował w Callahana
Pytanie za tysiąc punktów - dlaczego PRZYSTAWIŁ ten szpikulec, a nie pchnął od razu? :) Ach, to ratowanie bohaterów :) No i mogłeś wcześniej napomknąć, że szpikulec jest pordzewiały ('zaś drugie ramię zakończone było metalowym, pordzewiałym szpikulcem')
Cytat:
el mutanta odskoczył, potwór trafił w rannego leżącego na piasku. Callahan odwrócił głowę by nie patrzeć na to co zostało z człowieka, którego kilka sekund wcześniej próbowali ratować
No i 'Cel mutanta' brzmi dziwnie, bo w końcu były dwa - ten leżący i ten odskakujący :) Już lepiej napisz 'Callahan', a w następnym zdaniu 'Najemnik odwrócił głowę' - bardziej, eeee, intuicyjne.
Cytat:
Mutant ryknął, popatrzył na Mike’a i zaczął okładać go strzelbą, Mike dostał w głowę, poczuł jeszcze dwa uderzenia w brzuch, obraz zaczął tracić ostrość, mężczyzna stracił przytomność.
KROPKI!!! Wyrzuć 'obraz zaczął tracić ostrość', wystarczy samo 'stracił przytomność'. No i czemu mutant po prostu do niego nie STRZELIŁ z tego obrzyna?...
Cytat:
- Aaa, moja głowa –. stęknął Mike
gdy odzyskał przytomność, rozumiem?
Cytat:
Tak, bardzo boli cię głowa?
no LOL, sorki, ale taki mutant jest raczej duży i raczej wkurwy silny, czyli cios w głowę OBRZYNEM powinien raczej pozostawić bardzo ładnego krwiaka, wymagającego natychmiastowej 'operacji'(a przynajmniej opatrunku) i prawdopodobnie zaowocowałby wstrząsem mózgu...
Cytat:
Jakieś trzy godziny,
No to mogłeś przynajmniej dodatkowym enterem zaznaczyć upływ czasu(czyli linijka odstępu przed przebudzeniem się Mike'a)
Cytat:
były widoczne ślady ingerencji człowieka.
gdzie? Na pustyni, czy na mutancie?
Cytat:
Później przez cała drogę milczeli. Mike nie lubił rozmawiać w czasie marszu po niebezpiecznym terenie, twierdził że to mocno rozprasza jego uwagę.
A to ciekawe, że wcześniej cały czas gadali, a umilki dopiero po wejściu na ulicę 0_o
Cytat:
grymas na jego twarzy sugerował duże zaangażowanie w grę komputerową. Mężczyźni cierpliwie czekali aż coś odwróci jego uwagę od monitora.
'zaangażowanie w grę'... zmień to. No i czemu sami nie odwrócili jego uwagi, tylko czekali aż COŚ to zrobi? :)
Cytat:
owiedział długowłosy odwracając głowę od monitora
powtórzenie, bo zdanie wcześniej było 'uwagę od monitora'...

No i jeszcze dużo tego jest, ale ja nigdy nie mam cierpliwości do takeigo cytowania długich tekstów :P
Ogólnie raczej takie sobie, pełno błędów(i to raczej podstawowych). Przeczytaj sam i popraw, co ci wpadnie w oczy, bo tego trochę jest ;] I jakoś dziwnie mi się kojarzyło z Falloutem - nie chodzi o świat, tylko o RPGowatość ;]
_________________
For Ancelot,
The Ancient cross of war!
For the holy town of gods!
Gloria, gloria perpetua!
In this dawn of victory!
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
Mefisto


Wiek: 28
Posty: 209
Skąd: Lublin
Wysłany: 2006-07-04, 19:45   

Cytat:
po co z dużej litery?


nazwa gangu :) .
Cytat:

spoko, ale co ma jedno do drugiego? Złe ustawienie pochodni chyba go nie zabije?


nie, ale pochodnia wyrwana przez wiatr(przykładowo) z piasku może już się nie przydać w odparciu ataku potencjalnego wroga :P .

Cytat:
Rozumiesz, mam nadzieję, o co mi chodzi? ;]


tak i zgadzam się :) .
Cytat:

tylko czekali aż COŚ to zrobi?


może nie chcieli sie narzucać, albo co w tym stylu :P .

Cytat:
do niego nie STRZELIŁ z tego obrzyna?...


bo był w furii i nie myślał trzeźwo?

Cytat:
dlaczego PRZYSTAWIŁ ten szpikulec, a nie pchnął od razu?


może uznał że skoro go trzyma, to Mike jest nie szkodliwy i próbował najpierw zabić Callahana który stanowił większe zagrożenie.

co do reszty krytyki to jest jak najbardziej trafna, aż wstyd mi niektórych błędów :P .


jeszce jedno.

Cytat:
A to ciekawe, że wcześniej cały czas gadali, a umilki dopiero po wejściu na ulicę


cały czas? inna sprawa rozmawiać przy ognisku kiedy łatwiej się bronić a inna w czasie ruchu keidy jest się łatwiejszym celem.
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
 
Komcio 
Zasłużony


Wiek: 109
Posty: 658
Wysłany: 2006-07-09, 18:01   

Ogólnie nie przepadam za taki klimatami, ale czytało się przyjemnie. Jedna uwaga - dało się wyczuć, że postacie w tle były trochę za płytkie i można by je trochę wzbogacić, by nadać im własny charakter.

Jakaś korekta i wrzuci się do Tawerna Bardów czy jak to się tam nazywa na stronie, jeśli Mefisto nie masz nic przeciwko.
Podziękuj autorowi tego posta
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group